Ewa jestem pod wrażeniem twojej umiejętności samoobserwacji, ja dopiero zaczynam z tym pomiarem temperatury ciała swoją przygodę.
Ja już... hm... ile to będzie?... 3 lata się wprawiam. Albo dłużej, już nie pamiętam dokładnie. To nie bardzo dużo, ale ja mam łatwo, bo przed ciążą miałam wszystko regularne jak w zegarku - identyczne objawy, identyczna temperatura. Właściwie nie musiałam mierzyć, bo po śluzie i innych odczuciach wszystko wiedziałam. Po miesiączce miałam kilka dni sucho-wilgotnych, potem wrażenie tzw. bulgotania i odczucie pt. mam pochwę (

ciężko wyjaśnić, co to jest, ale jak się to poczuje, to od razu wiadomo, że to to

), później pojawiał się śluz płodny - aż do owulacji. Wtedy mierzyłam temp. - była już wyższa, a śluz znikał. Czekałam kilka dni i potem już do końca było sucho i bezpłodnie

Tydzień przed okresem - jak to nazywa mój Mąż - rzucałam talerzami (okropnie byłam drażliwa), nasilały mi się problemy z brzuchem i zaczynało się obrzmienie piersi. I tak w kółko
A teraz jest jakaś apokalipsa

Śluz mi świruje, ale temperatura cały czas w normie, więc to pewnie cały czas jakieś falstarty. Chociaż poziom dobrych hormonów chyba mi spada, bo znowu mi strasznie wysycha skóra w kącikach nosa

Walczyłam z tym pół życia i tylko ciąża pomogła. A teraz wracam do normalności. Ech
Żałuję, że nie zaczęłam badać szyjki przed ciążą, to bym potrafiła ją rozpoznać... Ktoś wie jak to się robi? Wczoraj próbowałam pierwszy raz i wydaje mi się, że była jak czubek nosa, czyli twarda. Ale za chiny nie potrafię rozpoznać, czy jest wysoko/nisko, czy zamknięta/otwarta...