Czytam Wasze historię i bardzo się cieszę, że tylu z Was się udało

)
Ja 13 grudnia miałam pierwszy transfer. Udany!
Wszystko rozwijało się dobrze do 5tc.
1 stycznia (po spokojnym, domowym, dwuosobowym i bezalkoholowym sylwestrze z przekąskamiz godnymi z dietą ciężarnych) dostałam brążowego plamienia. Pojechałam na SOR, bo bardzo się wystraszyłam. Szpital zostawił mnie na 3 dni obserwacji i uznał, że moje końskie dawki progesteronu sprawiają, że nic mi więcej pomóc nie mogą, a na usg wygląda, że ciąża rozwija się wzorcowo i pięknie.
W poniedziałek wróciłam do domu z nową nadzieją. Oszczędzałam się, praktycznie większość czasu przeleżałam w łóżku. Pozwoliłam sobie jedynie na jeden spacer z psem we wtorek. Plamienie zniknęło.
Niestety, w środę plamienie pojawiło się znowu, a już po godzinie zaczęła się krew. W małej ilości, ale zauważyłam niewielkie skrzepiki. Obdzwoniłam większość ginekologów w mieście (nie chciałą wracać do szpitala), jednak panie z rejestracji miały mnie gdzieś i odprawiały z kwitkiem.
Mój partner urwał się z pracy i zabrał mnie do przychodni ginekologicznej NFZ, po odczekaniu w kolejce, trafiłam na łóżko i zrobiono mi usg. Słaby sprzęt, więc lekarz stwierdził brak zarodka w pęcherzyku i uznał, że taka ilość krawienie świadczy o duzym prawdopodobieństwie rozpoczynająćego się poronienia. Dał "w razie zwiększenia krwawienia" skierowanie do szpitala.
W międzyczasie udało mi się umówić na prywatną wizytę do ginekologa ze znacznie lepszym sprzętem. Odczekałam 3 godziny, podczas których zaczęło lecieć ze mnie jak z kranika
Na usg pokazał się zarodek (o wielkości 3,6), jednak lekarz ze smutkiem stwierdził, że poza tym, że za mocno krawię, to zarodek nie ma tętna, a na jego sprzęcie tętno widać już przy zarodkach o wielkości 1,9. Dał mi 1% szansy na to, że dziecko przeżyje, kazał odstawić luteinę i dał do wyboru: łyżeczkowanie, poronienie farmakologiczne lub samoistne.
Wybrałam to ostatnie, bo wciąż się łudziłam, że się myli. Następnego dnia krwawienia nie było, jedynie delikatne plamienie brązowe (bez skrzepów). Odzyskałam nadzieję, nie odstawiłam leków. Niestety, po trzech dniach rozpoczęły się silne bóle brzucha i krawienie z wielkimi skrzepami i białymi tkankami.
Betę mierzyłąm zarówno w dniu wizyt u obu ginekologów (wynosiła ponad 11 000 i przyrost wynosił powyżej 100%), jak i 5 dnia po tych wizytach (beta = 300). Straciłam nadzieję i boję się kolejnych transferów.
Tak bardzo chcę mieć dziecko, a mam już 36,5 lat. Przez problemy partnera (z nasieniem i kariotypem) nie mamy możliwości innej niiż in vitro. Zostały nam 2 teoretycznie zdrowe zarodki (po badaniach genetycznych), ale pierwszy zarodek był z nich najlepszy i też przebadany. Jednak obumarł. Stąd mój olbrzymi strach.
Boję się też, że przy kolejnych transferach mój stres i przerważliwienie uniemożliwi implementację i prawidłowy rozwój zarodka. Będę przecież wypatrywać tego pieprzonego plamienia jeszcze bardziej niż teraz

((