Witajcie dziewczynki
Bardzo dziękuję za słowa otuchy, ale wiara mnie już opuściła całkowicie, a dopadł stary dobrze mi znany pesymizm. Jestem w potwornym dołku i już sama nie wiem co dalej. Czy moje endometrium jest już tak pokręcone, że nigdy nie osiągnę więcej niż 7mm? Progynova - nie dała skutku, estrofem też, leczenie eksperymentalne z podawanym środkiem domacicznym - efekt ten sam. Została jedna opcja - zastrzyki, ale dr powiedziała, że raczej nie zareaguję bo słabe wyniki z tym lekiem są. To już obłęd. Nie mam już żadnej drogi do poprawy endometrium. Podawanie przy 7mm też jest swego rodzajem skazywania się na niepowodzenie. I już sensu nie widzę.
Dwa dni przepłakałam jak wariatka. To tak bywa, że los daje mi lizaka a potem go zabiera. Tak jakbym była przeklęta, nie mogę się niczym cieszyć bo zawsze, ale to zawsze tracę to. Co ja w życiu takiego zrobiłam, że los mnie aż tak każe?
Rozmawiałam dzisiaj długo z mężem. Próbował mnie pocieszyć, że mamy jeszcze 2 próby. Ale co z tych prób skoro zarodki coraz gorsze podają, bo takie zostały. A potem? Kolejne in vitro? Kolejne pasmo porażek w moim życiu. Ile tych walk muszę stoczyć, by wreszcie zrozumieć, że mój organizm się do tego nie nadaje? Ile jeszcze porażek będę zdolna znieść? Sama już nie wiem. Wpadł mi film dokumentalny w ręce i surygatkach w Indiach. Jest to tam 100% legalne i nie ma zagrożenia, że kobieta mi nie odda dziecka, bo wszystko uregulowane jest dokumentami podpisanymi przed in vitro. Koszt koło 15-25 tys dol. Sporo, ale co się nie zrobi dla dziecka. Jednak z drugiej strony kłębią mi się inne myśli - na temat właśnie czy jest to moralne. Zabierać dziecko matce, która je urodziła, krzywdząc ją w ten sposób. Po drugie skąd pewność, że ta osoba odpowiednio zadba o ciążę. I najważniejsze - czy jestem w stanie tak bardzo pokochać dziecko, którego nie urodzę, ale będzie ono genetycznie moje. Mam już mętlik w głowie i chyba przestałam myśleć trzeźwo o życiu.
Pojawia się także u mnie zazdrość. Nie wiem, ale bardzo przywiązuję uwagę na pacjentki ciężarne. Po prostu im zazdroszczę i łzy kręcą mi się w oczach na sam widok. Dziewczyny w rejestracji widzą to, i przestały mi zapisywać pacjentki takie. Jednak ja mam także "swoje" pacjentki, które dzwonią i proszą o zapis do mnie. Nie zazdroszczę pod względem "dlaczego ona a nie ja", ale to jest taki żal do życia "dlaczego wszyscy tylko nie ja".
Mimo, że starałam się dokończyć sprzątanie po remoncie pokoju i przygotować kolejne pokoje do remontu, to od piątku nie ruszyłam już nic. Pranie nastawione rano w piątek dopiero dzisiaj wywiesił mój mąż. A ja siedzę głupio patrząc się w sufit ze łzami w oczach. Głowa mi od nerwów pulsuje tak, że już żadne proszki nie są w stanie mnie uspokoić. Jestem jak naćpana, zjadłam już tyle relanium, że straciłam rachubę. Jem je by usnąć, by na chwilę zapomnieć. Szkoda że działają tak krótko.
Czy będzie transfer - nie wiem'
Czy endometrium całkowicie zaniknie - nie wiem
Jednak zaczynam dochodzić do wniosku, że czas niedługo powiedzieć sobie dość i wreszcie się pogodzić z losem. Myślę, że tak do września wykorzystam zarodki, a potem składam papiery na specjalizację i doktorat. Muszę czymś nowym zająć swoje myśli. Zająć się tym, co umiem, co mi wychodzi, co pozwoli zapomnieć o tym, że za 30 lat będę moherem ze stadem kotów słuchająca ojca rydzyka.
Dzisiaj nawet powiedziałam swojemu mężowi, że najlepiej abyśmy się rozwiedli. Znajdzie pełnowartościową kobietę, która da mu dziecko. Przynajmniej jemu życia nie zmarnuję. Wkurzył się na mnie, powiedział, że jak tak podchodzę do sprawy to darujmy sobie całe to in vitro i pogódźmy się, że będziemy żyli tylko dla siebie. Jednak ja wiem, że on tego pożałuje. Nie dzisiaj, nie jutro, ale tak za 20 lat. A jakbyśmy się rozeszli to za te 20 lat mi jeszcze podziękuje za tą decyzję.
Pogubiłam się już w swoich myślach, co chwilę nowe pomysły na życie, a czasami myśl, że najlepiej abym się pewnego dnia nie obudziła. Na prawdę byłoby mi łatwiej. Skończyłyby się problemy, zawody, cierpienia. Nawet nie myślałam, że głupie endometrium jest w stanie mnie tak rozłożyć na łopatki. Jeszcze nie miałam aż takiego doła.
Nie zanudzam Was dziewczynki. Wiedzcie, że zawsze będę myślała o Was ciepło i trzymała kciuki za każdą z Was. Póki co ja muszę się jakoś pozbierać. Sama nie wiem co mam teraz robić, czy iść na ten transfer czy raczej dać sobie już spokój.