Wiecie co, ja chyba musze po porade do psychologa sie udac.
Cale zycie musialam byc twarda, bo to, bo tamto, bo sramto.
Jakis czas temu umarl moj polski pies. Bylam przy jego narodzinach, pomagalam mu oddychac, walczylam o jego zycie a pozniej o to, by mogl zostac w domu. Pierwsza reakcja: lepiej dla psiaka, nie meczy sie... I jeszcze pocieszalam rodzicow. Dwa dni pozniej opowiedzialam mojemu mezowi o psiaku. I nie moglam przestac plakac.
Teraz weszlam na watek kondolencyjny. O tyle o ile wczoraj pomyslalam, ze to tragedia, ale zycie musi toczyc sie dalej; dzis dotarl do mnie wymiar tragedii. Niby bezposrednio mnie nie dotyka, ale jestem w stanie wyobrazic sobie bol. I jest we mnie jakas taka zlosc, moze irracjonalna ale jest i w dodatku ogromna.
I ta historia z utopionym dzieciaczkiem...
Rodzi sie we mnie jakas wscieklosc wynikajaca z bezradnosci.
Wiekszosc emocji uzewnetrzniam po jakims czasie, pewnie to mechanizm obronny.