Nadszedł czas bym i ja opisała to co wydarzyło się
16.04.06 dokładnie w Niedzielę Wielkanocną. W zasadzie muszę przyznać, że troszkę sygnałów zapowiadających poród miałam, ale odczytałam je dopiero później. Już noc poprzedzającą miałam taką niespokojną, nad ranem nie mogłam spać i dlatego śniadanie wielkanocne jedliśmy z Tomkiem dość późno koło 11. Chyba tak koło 9.00, jeszcze w łóżku czułam lekkie pobolewanie podbrzusza, jak podczas miesiączki. Nie skojarzyłam tego jednak tak od razu z porodem. Zaczęłam się nad tym zastanawiać dopiero podczas śniadania. A gdy mama zadzwoniła z życzeniami wypytałam ją o jej symptomy, sięgnęłam też do książki. Niby się zgadzało, ale przecież to prawie nie bolało. Takie lekkie miesiączkowe bóle. No i nie mogłam się początkowo dopatrzyć regularności.
Spokojnie rozsyłałam znajomym smski z życzeniami świątecznymi i zaproponowałam Tomkowi popołudniowy spacer. Powoli skurcze stawały się regularne ale zupełnie wcale nie utrudniały funkcjonowania. Nawet planowalismy pójść do kościoła na 18.00. Ok 16.00 po powrocie ze spaceru przygotowywalismy obiad. Skurcze było już co ok. 10 minut. I jakoś mi apetyt nie dopisał, bo obiadu prawie nie tknęłam, a skurcze zaczynały być bolesne na tyle, że nie chciałam się wtedy w ogóle odzywać, a Tomkowi zabroniłam mówić do mnie podczas skurczów.
Trzeba było porzucić myśl o mszy i spakować się do szpitala. W samochodzie skurcze stawały się coraz bardziej bolesne i pojawiały się co ok. 6 minut. O
18.00 zamiast w kościele pojawiliśmy się na izbie przyjęć
Szpitala Bielańskiego w Warszawie. Tam ktg nie wykazało nic!!! A nawet podczas skurczów wykres się obniżał. A ja już niemal się wiłam. Położna na szczęście nie odesłała nas, bo stwierdziła, że po mnie widać, że rodzę. Lekarz stwierdził 3 cm rozwarcia i dobre przygotowanie dzidziusia do porodu i skierował na salę porodową. Tam okazało się, że na 5 łóżek jestem jedyną rodzącą - inne przyszłe mamy spokojnie świętowały

. Podpięto mnie od razu ponownie do ktg i tutaj na porodówce skurcze pięknie się zapisywały i to już co 3-4 minuty (ktg to jednak tylko maszyna

) Zaraz potem zbadała mnie położna (dyżur miała bardzo miła pani Iza, której nazwiska niestety nie pamiętam, ale jest to osoba nie za wysoka, za to okrąglutka) i była zdumiona, bo okazało się, że mam już 9 cm rozwarcia, a kilkanaście minut temu lekarz stwierdził 3!! Wtedy pojawił się mój Kochany, który musiał się zaopatrzyć w piękne, zielone, szpitalne wdzianko. Położna pozwoliła nam na spacery, korzystanie ze sprzętów, prysznica itp, ale ja już tylko kilka kroków mogłam zrobić i co chwila wspierałam się na Tomku, by tak przetrwać skurcz. Potem już na nim zawisałam. Potrzebny mi był wówczas w roli silnego mężczyzny. W zasadzie nie trwało to długo, bo po kolejnym chyba badaniu pozwolono mi przeć. Parłam najpierw kucając przy łóżku. Trochę ta faza parcia u mnie trwała, bo Julek był spory (w karcie napisano, że 35 minut, sama nie kontrolowałam czasu

). Tomek podtrzymywał mnie bym się nie poodgniatała o twarde części łóżka, co sam przypłacił siniakami. I cały czas mnie przytulał. Potem na koniec kazali mi wejść na łóżko, nie wiem skąd pojawił się cały tłum ludzi. A ja w zasadzie byłam świadoma tylko obecności Tomka i położnej, której starałam się słuchać, choć nie zawsze jej słowa docierały. Gdy nasz synek już się pojawiał pozwoliła mi dotkąć jego główki i to było takie niesamowite. Nagle urealniło ten poród. A potem niespodziewanie położyli mi to ukochane ciałko na brzuchu. To był cudowny moment. Miałam moich dwóch wspaniałych mężczyzn przy sobie. Julek wydawał mi się taki malutki! A Tomek był przy nas wyraźnie wzruszony.
Julek urodził się o
godz. 20.05, zaledwie dwie godziny po moim pojawieniu się na izbie przyjęć.
Julek ważył
3900g i mierzył
55cm. Dostał
10 punktów w skali Apgar. W sali szybko zrobiło się spokojnie, podano nam Julka, położna pokazała mi jak przystawić Julka do piersi, a potem wyszła i przygasiła światło. To była piękna chwila. Byliśmy obydwoje bardzo wzruszeni. Mój Kochany spisał się na medal. A dla mnie świadomość jego obecności przy mnie zminimalizowała wszelkie inne niedogodności.
Bo jeśli chodzi o mniej przyjemne sprawy, to musiałam być nacięta i to dwukrotnie, bo pierwsze nacięcie nie wystarczyło. Ale w ogóle tego nie czułam, podobnie jak szycia (wtedy nie mogłam już oderwac oczu od Juliana).
A opiekę w Szpitalu Bielańskim wspominam bardzo dobrze zarówno na sali porodowej (trafiłam na wspaniałą położną), jak i na neonatologii. Zero zastrzeżen, kolejne dziecko też chcę tam rodzić. Bo w żaden sposób poród mnie nie odstrasza

Dla mnie to magiczne doświadczenie.
Trochę się rozpisałam, ale jak opisać taką cudowną chwilę w kilku słowach?