To też opiszę swój poród. Ale zacznę od wydarzeń poprzedzających poród
Mój Arturek w czwartek pojechał do Pana G po przedłużenie zwolnienia. Na wizycie lekarz powiedział, żeby zrobić KTG. No więc zdecydowaliśmy się, że pojedziemy tego samego dnia.
W szpitalu położyli mnie, robili KTG i nic - żadne skurcze, cokolwiek innego przepowiadającego poród. Potem przyszedł lekarz i kazał mi usiąść na samolocik. Siadłam i mówię: "ojoj, coś poleciało". Lekarz patrzy, bada: "chyba wody odchodzą, zostawiamy panią u nas'. Aaaa! Szok!
No to dawaj na salę porodową. A tu już poszło prędziutko. Jak dostałam skurcze to od razu częste (dziękowałam Bogu, ze mnie złapały w szpitalu a nie w domu, bo nie wiem czy byśmy zdążyli

). Wody, te właściwe, odeszły mi znacznie później, krótko przed partymi. A jak już przyszły parte, to był ekspres. Położna szybko wytłumaczyła jak oddychać i właściwie już w drugiej serii mały wyskoczył. I nie czułam bólu podczas partych, ani jak Misio wyskakiwał!
W sumie cały poród trwał 4 godziny. Cały czas był ze mną Artur, który pilnował co się ze mną dzieje. Nawet zaglądał mi TAM jak mówiłam, że coś leci

Położna miała w związku z tym mniej pracy, hehe.
Wspomnę też, że około 2 w nocy mój luby przysnął, hahaha. Biedactwo było zmęczone, ja siedziałam ciuchutko to i zakimał
I rada dla dziewczyn, które jeszcze nie rodziły - słuchajcie położnej. To naprawdę ułatwia poród. Ja powtarzałam sobie cały czas, że cokolwiek by sie nie działo, jakkolwiek by nie bolało muszę słuchać tego co do mnie mówi. I rzeczywiście to pomogło
