DLA WYTRWAŁYCH
Kaśka, żona mojego brata już mnie męczyła „kiedy ty rodzisz” to jej odpowiadałam, że jak obetnę paznokcie, umyję własy i obejrzę „you can dance”, hahaahaa


I okazało się, że po tym programie, o godz. 23 pojawiły się skurcze przepowiadające – wcześniej takie w ogóle nie występowały, więc za bardzo się tym nie przejęłam, a raczej odetchnęłam, że w końcu chociaż te przepowiadające są. Były bardzo rytmiczne i trwały tyle samo co przerwy między nimi, niestety nie dawały spać za bardzo i tylko drzemałam.
O 1.00 zadzwonił mój bliski kumpel (przyszły Tato chrzestny Tymona), z imprezy, pijany jak cholera z pytaniem „rodzisz, czy wpadasz na imprezę”. No to mu odpowiedziałam, że się parę minut zastanowię i dam znać. Tak się „zastanowiłam”, że po 10 minutach poczułam wilgoć pod tyłkiem na łóŻku (dobrze, że od paru dni spałam na podkładzie higienicznym pod prześcieradłem, hahahahah) i pojawiła się tam niewielka plamka. Poleciałam do łazienki, myśląc, po takiej ilości płynu, że po prostu moczu nie trzymam, a tu do kibelka chlup – czop!

Wtedy już poczułam się podekscytowana i o spaniu zupełnie zapomniałam. Godzina 2.00 – już nie wytrzymałam z podniecenia i obudziłam Kaśkę (na co mi odpowiedziała „idź spać”) i mamę. Zaczęły się głupoty i obmyślanie planu działania – tak się cały czas śmiałyśmy, że myślałam, że już w domu urodzę .
Na luzaku poszłam się najeść (bo przecież w szpitalu mi nie dadzą, hahahaha) i dziewczyny też już nie poszły spać, tylko gadałyśmy głupoty. 5.30 pojawiłam się w szpitalu i się zaczęło...
Okazało sie, że nie ma miejsc na tyle, że nawet NA SALI

na patologii, leżą m.in. dwie rodzące dziewczyny! Moja połaożna stwiedziła, że czekamy – poród mam w bardzo wczesnej fazie, więc się wyrobimy, aż miejsca się zwolnią. No i na tym skończyły się dobre wiadomości, bo zaraz wzięli mnie na badanie i okazało się, że sączą się zielone wody i czekać nie można... Musieli mnie odesłać do innego szpitala...
Po chyba pół godzinie dzwonienia po szpitalach, znależli mi miejsce w ImiD na Kasprzaka – rodziła tam moja Kaśka, więc zadzwoniła do swojej połoznej, żeby się mną tam zajęła.
Dojechałam na Kasprzaka a tam okazało się, że miejsca nie ma... Znowu zrobili mi badanie i ktg, dalej szukając kolejnego szpitala... znaleźli miejsce w Międzylesiu – zawieźli mnie tam karetką. Byłam załamana – nie wiedziałam co to za szpital, nie znałam tam nikogo, itd.
Dotarłam tam ok. 11.00.........
Na miejscu niemiłe zaskoczenie – lekarz lekko gburowaty, tu mnie bada, a za cienką ścianką, wysokosci może 140 cm rodzi dziewczyna, w końcowej fazie. Zaczęliśmy wypełniać papiery, a tamta jak zaczęła się drzeć to mnie zmroziło – pierwszy raz przeraziłam się...


Położna zlitowała się i powiedziała, żebym sobie może wyszła i dokończymy jak ta dziewczyna skończy.
Wyszłam do Kaśki na korytarz (bo to ona ze mną była) i ciut ciut mi zabrakło, żebym się poryczała z tych emocji..
Wróciłyśmy - chciałam salę jednoosobową – zajęta. Następny krok do załamki...
Położne powiedziały, że będzie dobrze – pierwsze wrażenie wywarły na mnie bardzo dobre – jedyny od rana plus porodu.
No i się zaczęło – badanie – zielone wody – oksytocyna. Poleżałam sobie, ochłonęłam, uspokoiłam się... I znów zaczęłyśmy się śmiać i wymyślać głupoty, czekając na anestezjologa (ps – rekord w cenie znieczulenia – 700 zł

)
I teraz już było z górki – anestezjolog – złota kobietka, niewiele starsza ode mnie. Położne, które były na zmianie – CUDA chodzące, a cienkie ścianki między łóżkami porodowymi nie przeszkadzały, bo... do końca mojego porodu nikt inny się tam nie pojawił!!!!


:-)

Porodówka w ślepym zaułku, więc nawet na korytarzu nikt się nie kręcił.
Znieczulenie i podręcanie oksytocyny – wszystko super – tylko jak dawka znieczulenia się kończyła to było „średnio”. W międzczasie, ok 15.00, po pracy wpadła moja najlepsza kumpela i tak we trzy sobie gadałyśmy głupoty, a jak dawki znieczulenia się kończyły, to one gadały a ja się "skupiałam"

, ahahahahahah.. Panie położne co kilka minut mnie doglądały i były bardzo delikatne i wyrozumiałe. Ok. 18.00 śmiały się, żebym się wyrobiła do 19.00 bo one dyżur kończą, no to im to obiecałam.
Skurcze parte (kazałam dziewczynom już wyjść) – super – nawet sama chciałam, żeby nie było takich przerw między nimi, coby szybciej skończyć. Kilka pchnięć i Tymon o 18.45 był już ze mną - okręcony pępowiną 2 razy na szyi i raz przez ramię.
A potem to najpierw Tymon płakał, potem ja , a za mną dziewczyny na korytarzu







Drugi raz rodzić mogłabym i już dzisiaj (pomijając wszystko związane ze szwami – mimo, że Tymon nieduży, to pochaftowana jestem sporo, bo chociaż lekko mnie nacięli, to w drugim miejscu też pękłam a co najbardziej kiepskie to to, że poszła mi też szyjka)
Jestem strasznie wdzięczna paniom położnym za opiekę i podejście (bo przecież płacą im za fachowość i tak wyjątkowo miłe to dla nikogo być nie muszą).
Ps – zaoszczędziłam 1100 zł na porodzie, haahahhaahahaahaha








