Miałam problemy z dokumentami Tosi że szpitala. Był wpisany zły adres. Po telefonie do lekarza, zrobił nowe, wysłałam mamę po odbiór i co. .. Oczywiście lekarz zrobił nie to co trzeba. Potem ponownie telefony, prawie kłótnia z lekarzem (bo to moja wina przecież), w końcu się udało. Moich dokumentów z wypisu nadal nie ma. Też musiałam dzwonić i prosić o zaświadczenie o porodzie, żeby dać do pracy na macierzyński. Cyrk z tymi dokumentami. Do tego próbuję ogarnąć dokumenty a propo becikowego, zasiłków itd. Ciągle brakuje mi czasu.
Pomijając to wszystko.... Jestem psychicznie tak wyczerpana, że ledwo funkcjonuje. Zmęczenie, bo prawie wszystko muszę robić sama. Dziś w nocy partner wstał na karmienie. Wczoraj kupiłam sztuczne mleko.... Chyba z tego stresu nie leci mi więcej mleka. Mam wrażenie że Tosia się nie ma jadą. Ja się denerwuje i takie bledne kolo. Wczoraj po kąpieli dostała trochę sztucznego
Cieszę się, że jest z nami. Ze jesteśmy w domu. Ze mogę na nią patrzeć, czuć zapach, mówić do niej... To cudowne chwile
Tylko ta świadomość, że Ona odejdzie, prędzej czy później, mnie dobija. Nie da się o tym nie myśleć. Niby wszystko jest tak jak przy przeciętnym dziecku. A jednak ta świadomość końca jest straszna. Nie potrafię się tym wszystkim cieszyć. Ciągle płaczę, jestem strasznie nerwowa. Przerosła mnie ta sytuacja
Ciągle o tym wszystkim myślę. Teraz jak Tosia jest w domu, jest w dobrym stanie. Myślę, co mam robić dalej. Czy nie szczepienie to dobra decyzja? Czy powinnam zacząć biegać po lekarzach? Nie wiem co robić. Wiem, że jej nie wylecze. Jestem bezradna. Minęła pierwsza fala euforii, że jesteśmy w domu. A teraz co dalej? Nie potrafię w domu wszystkiego ogarnąć, ściąganie, karmienie, gdzie tu wcisnąć czas na sen. Nie wspomnę o jedzeniu, herbacie, czy sprzatnieciu. Nie byłam na to wszystko przygotowana. Tu na forum pisze tylko kiedy ściągam, bo i tak nic w tym czasie więcej nie zrobie.
Chociaż tutaj mogę się wyżalić....