U nas problem z zasypianiem był od początku. Postanowiliśmy z mężem, że dzidzia będzie spać w swoim łóżeczku. Ale połóg był tak fatalny, że nie dawałam rady z przekładaniem jej w nocy do kołyski (nawet mimo, że stała obok naszego łóżka). Poza tym mała strasznie się wierciła i stękała w nocy. Stwierdziliśmy, że męczymy się obie i to nie ma sensu. I w ten sposób dzidzia zaczęła spać w nocy na naszym łóżku. Dzięki temu karmienie szło bezproblemowo, a dzidzia spała spokojniej.
Gorzej było z zasypianiem w dzień. Na początku lulaliśmy na rękach, chodząc po mieszkaniu. To niedługo działało, bo mała budziła się odkładana do łóżeczka. Drugi sposób – przy cycu. Też na krótką metę, bo po wyjęciu cycka – pobudka. Kolejny patent – w foteliku samochodowym – też źle, bo z fotelika wyrasta, a poza tym ma taką dziwną pozycję, że boję się o jej kręgosłup. W końcu stwierdziłam: koniec tego! Trzeba nauczyć dziecko samodzielnego zasypiania, bo zwariujemy wszyscy. Nic dziwnego, że mała ma kłopoty z zasypianiem, skoro za każdym razem usypiamy ją w inny sposób!
Pierwsze kilka razy było bardzo trudne. Płakała i nie rozumiała o co chodzi. Ale nie przetrzymywaliśmy jej, żeby się wypłakała. To byłoby zbyt okrutne. Nie umiałabym.
Ale zgadzam się ze stwierdzeniem, że nie należy dawać dziecku bodźca, który potem zabierzemy. Więc mimo, iż ma kołyskę, to jej nie bujamy. Jedyna pomoc, jaką dostaje to smoczek do ssania.
Zatem pierwszy raz leżała na naszym łóżku, my obok niej. Płacz trwał około pół godziny. Nie chciała smoczka. Koszmar. Następnym razem poszło lepiej, tylko 20 minut płaczu. Potem 10 minut płaczu. W końcu uznaliśmy, że pora, żeby Nastka zasypiała w swoim łóżeczku, bo z naszego łóżka mogłaby spaść. Mąż jakoś przekonał ją do smoczka, co znacznie ułatwiło sprawę.
Zaczęliśmy miesiąc temu, teraz jest już prawie dobrze. Szczególnie wieczorny rytuał: kąpiel, cycuś, łóżeczko. Czasem wystarczy jej dać smoka, przykryć pielusią i zaraz sobie zasypia. Czasem jednak jeszcze jakby nie jest senna, wierzga nóżkami, wypluwa co chwilę smoczek, kwęka. Wtedy biorę ją na chwilę na ręce, żeby się wyciszyła i po chwili odkładam znów. Jak to nie zadziała kilka razy, to jeszcze raz cycuś. Wtedy już przeważnie zasypia.
Zauważyłam, że skuteczne jest ograniczenie bodźców. Wychodzę z pokoju, albo siadam tam, gdzie mnie nie zobaczy – żeby nie usiłowała nawiązywać kontaktu wzrokowego. Przewieszam przez kołyskę pieluszkę, żeby nie widziała co się dzieje w pokoju.
Myślę, że trwa to dość długo w naszym przypadku, ale to dlatego, że nie potrafię konsekwentnie robić wciąż tego samego. Co i raz gdzieś jedziemy, co ją rozregulowuje, ale zazwyczaj szybko wraca do swojego rytmu (ok. 2 godzin czuwania, potem 40 minut snu). W nocy nie przewijam ani nie podnoszę do odbeknięcia. Po prostu zaczyna postękiwać, daję pierś, ona ssie przez sen, a ja momentalnie zasypiam. Po 3 – 4 godzinach znów karmienie. Rano pielucha waży 100 kilo, ale zazwyczaj nie ma kupy. Sen nocny Nastki trwa około 12 godzin. :
Każde dziecko jest inne, dlatego nie można stosować tej samej metody do wszystkich. U nas działa akurat to, co opisałam, przynajmniej na razie. Jestem bardzo szczęśliwa, że nam się udaje. Nie wyobrażam sobie w jakim stanie byłby mój kręgosłup, gdybym się nie zdecydowała (moja siostra do dziś usypia na rękach swojego syna, który waży 13 kilo !!!).
Ale co było ważne: konsekwencja. Może nie żelazna, w końcu nie jestem cyborgiem. Jednak jeśli chcecie mieć efekty i nie umęczyć dziecka, to trzymajcie się swoich postanowień, w innym przypadku zafundujecie dzieciom tylko cierpienie, a efektu nie będzie.
Gorąco pozdrawiam i życzę przespanych nocy i spokojnych maluszków. ;D
Ania
PS. Aha, jeszcze Was pocieszę. Moja siostra cioteczna usypiała swoją córkę na rękach. Koło 5-tego miesiąca dziecko nie chciało usnąć, wierciła jej się na rękach płakała. W końcu siostra musiała ją na chwilę odłożyć i wtedy Elizka z rozkoszą błyskawicznie usnęła. Siostra była w szoku! Ot tak! Sama z siebie! Od tamtej pory minął ponad miesiąc i laleczka zasypia sama włóżeczku.