Stęskniłam się za Wami. Najpierw stres, badania, itp. Później zafundowaliśmy sobie z Łukaszkiem tygodniowe wakacje w Bielsku u mojej siostry. Po wakacjach jestem zrelaksowana. To powietrze, spacery i rajdy w górkę i z górki na rowerze, ehhhhhh Chciałabym jeszcze....
Wynik biopsji znam narazie tylko z telefonicznej rozmowy: "Nie ma powodu do niepokoju". Próbuję dodzwonić się do przychodni, czy dotarły moje wyniki, czy muszę fatygować się po nie na koniec miasta do szpitala. Niestety, nikt nie odbierał telefonu.
W sferze związku: FATALNIE. Bez szans na poprawę. W skrócie: K. woli wyjazdy na imprezy typu Jarocin, fotografować się z małolatami (co widziałam w jego komórce), zaczął palić papierosy, często dzwoni po kilku piwach :-

angry:





W takiej sytuacji już nawet się nie łudzę, że coś zrozumiał po naszym wyjeździe. Raczej czuje się chyba wyzwolony i żyje swoim życiem. Do siostry z trudem nas zawiół PKS'em. Ale wracałam już sama, bo on pojechał na kolejny koncert (oczywiście mógłby po nas przyjechać, ale wtedy wracalibyśmy pociągiem z 3. przesiadkami ze skacowanym gościem). Na szczęście synek był bardzo cierpliwy i grzeczny w autobusie. Natomiast mama K. stara się wszelkimi sposobami uświadomić mnie, że to wszystko przez rozłąkę (czyt. przeze mnie, bo w końcu to ja podjęłam decyzję o wyjeździe)... I znalazła genialne rozwiązanie: czyli pomysł na to, żebyśmy przyjechali do nich i tam zamieszkali. Tylko, że mi już na K. przestaje zależeć. I nie mam zamiaru nigdzie jechać, a tym bardziej do nich.




