no dobrze,to tak w wielkim skrócie
w piątek (10.02),o 3 w nocy odeszły mi wody.szybka akcja budzenia męża,ogarnięcia się i wyjazd do szpitala. na IP kolejka,jak zawsze

po całej papierkowej robocie prosto na porodówkę. skurcze się nasilają i o 9 rano już są bolesne. kolejne badanie i zero postępu. decyzja o podaniu oxy zapadła o 10. około 14 skurcze są już nie do wytrzymania. jakaś masakra,a postępu w porodzie ciągle brak, szyjka jest, rozwarcie na dwa. zapada decyzja o znieczuleniu. po ok pół godziny przychodzi moje wybawienie. dostaję zzo i przez chwilę jest cudownie. wszystko nagle przyspiesza. w ciągu kilkunastu minut od podania znieczulenie rozwarcie skacze na 8,a szyjki brak.słyszę słowa że za około 10 minut będzie po wszystkim. i nagle coś zaczyna się dziać z małym. zaczyna cofać się z powrotem, a saturacja leci w dół jak oszalała. wypraszają męża. zaczyna się robić wielkie zamieszanie. oczywiście straciłam totalnie panowanie nad sobą i za nic nie byłam w stanie się uspokoić. wiedziałam że płacz nie pomoże małemu bo przeszkadza w oddychaniu ale emocje wzięły górę. potem migające światła na korytarzu i ten bieg. kolejne znieczulenie,tym razem ogólne. maska na buzię,dwa wdechy i ...film się urywa. dalej pamiętam wybudzenie. koszmarne. nie mogłam złapać oddechu. wszystko zalegało mi w gardle.doskonale pamiętam tą niemoc. słysze słowa "...budzimy się...", "...ma pani ślicznego zdrowego synka..."
następnie pamiętam już na sali te okropne drgawki i męża i te jego błyszczące oczy jak mówił o małym.
ogólnie ujmując,poród był okropny. nie jest prawdą że skoro jest to drugie dziecko wszystko potoczy się sprawnie i szybko. cesarkę uważam za coś okropnego. jeśli rodzic to tylko sn.