• Przypominam, że dalej nasza forumowa mama potrzebuje Twojej pomocy 💖 Jeśli możesz wpłacić nawet drobną kwotę, to prosimy zrób to Kliknij

reklama

Trzecie dziecko i.. Co dalej ??

reklama
WERONICZKA- zapomnialam ,ze i Ty myslisz jeszcze o maluszku-wiec moze we trzy z Zuzkus bedziemy ciężarówki:))

AZILE- jak sie trzymasz :)??dajesz rade czy [FONT=&quot]
a227.gif
??
[/FONT]
 
IZULKA- wiyaj :) a jak tam Twoja urocza Hania ??ladnie spala dziś ??

EWUNIA- a powiedz mi krzyczalaś ???czy spokój domowy na tyle pomaga ze sie inaczej podchodzi do porodu??bo ja mialam bóle i z brzucha i z krzyża i to jest masakra i pamietam ,ze na końcówce rozwarcia ro sie darlam...na partych nie..
 
mamusiu ale u nas czwarte dzieciątko raczej pozostanie w strefie moich marzeń :( Finansowo byłoby kiepsko ale umówmy się że jest to do przeskoczenia ale w mieszkaniu za nic miejsca na kolejną osobę nie ma ale zamiana mieszkania na większe jest mało realna, przynajmniej narazie:( No i do tego jeszcze w takiej sytuacji zmuszeni bylibyśmy do zakupu nowego autka bo cztery foteliki zmieścić w normalnym aucie osobówce jest rzeczą nierealną.

Co do krzyków na porodówce to ja w ogóle nie wiem o czym wy mówicie. Ja byłam cichutka jak myszka. Skupiałam sie tylko na sobie i dałam radę bez wyzwisk, przekleństw czy krzyków. Ale ponoć byłam rzadkim okazem spokoju w czasie porodu.
 
mamusiu ale u nas czwarte dzieciątko raczej pozostanie w strefie moich marzeń :( Finansowo byłoby kiepsko ale umówmy się że jest to do przeskoczenia ale w mieszkaniu za nic miejsca na kolejną osobę nie ma ale zamiana mieszkania na większe jest mało realna, przynajmniej narazie:( No i do tego jeszcze w takiej sytuacji zmuszeni bylibyśmy do zakupu nowego autka bo cztery foteliki zmieścić w normalnym aucie osobówce jest rzeczą nierealną.

Co do krzyków na porodówce to ja w ogóle nie wiem o czym wy mówicie. Ja byłam cichutka jak myszka. Skupiałam sie tylko na sobie i dałam radę bez wyzwisk, przekleństw czy krzyków. Ale ponoć byłam rzadkim okazem spokoju w czasie porodu.
Podpisuje sie pod całym twoim postem Weroniczko:)
Po pierwsze ja tez myślałam o 4 ale kasa, nowe auto i miejsce w domu.
Ja tez cichutka jak myszka przy porodach:) Mi nawet proponowano krzyczeć, ale ja nei chciałam. Nie było mi to potrzebne.
Mamo05 nie śpie, ale nic mi nie wychodzi. Mam ciśnienie 60/90 po 2 kawach:(
 
mama, azile, weroniczka jeśli chodzi o krzyki to dla mnie kazdy poród był innay. Przy Kasi nie pisnęłam ani razu. Przy Michałku dopiero na partych zaczęłam krzyczeć ale to nie wiem czy ze strachu czy z bólu:-D a teraz to przy ok 8 cm wydawałam z siebie dzwięki typu ooooooo uuuuu aaaaa:-D kiedy się wydaje jakieś dzwieki jest sie na wydechu a wtedy są rozlużnione mięśnie i dzidzia lepiej dotleniona. O przekleństwach nie ma mowy i nie wyobrażam sobie tego....
 
EWUNIA- dziekuje za odpowiedz :))
super,ze tak ladnie sobie poradzilaś :))

WERONICZKA- no ja niestety nie bylam cicha-nie darlam sie w nieboglosy ,ale też pokrzykiwalam sobie -coś w stylu -już nie mogę,nie dam rady,dajcie mi znieczulenie i takie tam...ale to przy Dominiku bo rodzilam Go przy 8 cm rozwarcia a On mial 57cm i 4100 warzyl,
Tomi byl ze mną i masowal i wspieral jak mógl-wyzwisk i przekleństw nie bylo-wiem bo pytalam :))))
 
reklama
Dzień dobry :-)

Ewunia, dzielna jesteś, pięknie to opisałaś :-) Ciesze się, że osiągnęłaś cel - spełniłaś swoje marzenie o porodzie w domu...

Dziewczyny, no jeśli chodzi o krzyki to ja nie mam sie czym pochwalić... Nauczono mnie zaciskać zęby a poza tym brałam znieczulenie. taka podła jestem. Z tym, ze 3 z 5 porodów to były oksytocynowe. Z Martynią miałam rwę kulszową straszną w czasie porodu. Martynia tak się ułożyła, ze naciskała mi na jakiś nerw. Każdy skurcz powodował utratę władzy w nogach, a skurcze miałąm tylko jak stałam, trochę to niebezpieczne było. Ale po znieczuleniu skurcze nie ustały ale ten dziwny ból - owszem :-)

Miałam kiedyś, już dawno opisać swój poród, ale się nie składało. Więc robię to teraz...
23 listopada byłam 13 dzień po terminie wg pierwszego usg. Zupełnie nie brałam tego do głowy bo wg miesiączki to było ledwie 5 dni po terminie a najwcześniej urodzony Bartek - urodził się 6 dni po terminie wg om. Profilaktycznie kilka dni wcześniej - w sobotę (23 to wtorek), zrobiłam usg - wód 11 AFI, łożysko 2 st, przepływy super. Zupełnie się uspokoiłam. Czekałam więc na akcję, tym bardziej, ze skurcze miałam, nieregularne, ale w poniedziałek były już co 9 minut, ale jak poszłam spać to ustały...
We wtorek, ze spakowanymi torbami pojechałam do szpitala. Po drodze kupiłam dzieciom jeszcze szaliki, rękawiczki. Odwiozłam 2 torby ksiazek do koleżanki i szczęśliwie udałam się na IP do szpitala, żeby zrobić ktg. Byłam tam o 11.45. Okazało się, ze będe 5ta w kolejce, więc ok 13.30 powinnam być już po wszystkim. Radość była nieuzasadniona. Przeciągnęło się porządnie. Weszłam na ktg o 15.30. W tzw międzyczasie mierzono mi ciśnienie, bo miałam 145/100... Głowa bolała mnie okropnie. Wychodziłam, wietrzyłam się ale nic z tego, nie przestawała boleć, wzięłam proszki - teżnic. Nerwy jednak były duże. Zapis ktg wyszedł rewelacyjnie. Teraz czekałam na wizytę u lekarza i badania. Znów minęła kupa czasu i weszłam przed 18 do lekarza. Pani dr nie pozostawiała złudzeń - wg nich jestem 13 dni po terminie, szyjka 2 cm, przepuszcza 1 palec. Robimy usg a tam...wód 5,5 AFI - w zasadzie na granicy normy, spadły o połowę w ciągu 3 dni. Straciłam wszystkie argumenty. I tu już wszystko dzieje się jak w filmie... Pani dr uprzedza mnie że realnie nie ma w ogóle miejsc w szpitalu, idzie porozmawiać z szefem dyżuru. Wszystko trwa 3 minuty. Wraca z informacją, że jest jedno, jedyne miejsce... na porodówce więc indukujemy... Zgadzam się na wszystko. Jednak mam problem, samochód zaparkowałam daleko - muszę wyjść ze szpitala, przeparkować, przynieść 2 torby. Lekarka robi wielkie oczy :szok:, że jestem sama. Obiecuję wrócić za chwilę. No i wracam... Sama tachając dwie walizy. Żebyście widziały miny ludzi na IP. Brzuchatka z walizami. W dodatku bez kółek. Małż był z dziećmi wtedy. Zanim dałam się zaprowadzić na porodówkę to wytargowałam, że coś zjem: w torbie miałam grahamkę i bułkę z serem. Zjadłam, popiłam czekoladą z automatu, wytarłam ręce i powiedziałam: no to mogę iść. Zostałam zaprowadzona na salę. Rozpakowywałam się nie wierząc, że to "już". O 19 przyszedł lekarz, przedstawił kolejne kroki: antybiotyk (streptococcus), oksytocyna, za 2 godz przebicie pęcherza, rodzimy jeszcze dziś. Od razu powiedziałam: ok, ale biorę znieczulenie. Nie mam zamiaru inaczej rodzić. Wszystko omawiamy "technicznie" i... maszyna ruszyła. Przed 21 przebijają pęcherz. Jestem sama, Mężulek jeszcze z dziećmi. Dojeżdża o 21.20, skurcze są bardzo bolesne. No i niestety tylko tyle, jakoś nie galopuje rozwarcie. Burczę sobie pod nosem: orzesz, kiedy skurcze "każą mi" kucać z bólu. M nie wie o co chodzi, dopytuje co tam mówiłam... Ale już kolejny skurcz i ja znów do niego: a nic przeklinam sobie ;-). Przychodzi położna, mówi, ze jak znieczulenie to teraz bo nie zdążymy: ok, zgadzam się. Za chwilę info, że anestezjolog na cesarce, może nie zdążyć. Wszystko mi jedno. Robię ćwiczenia przyspieszające rozwarcie. Jestem jak w transie, wszystko obok, mam wrażenie, ze nikt nie jest mi potrzebny. 22.30 jest anestezjolog. Na czas podawania znieczulenia poprosiłam o przykręcenie oksy i... położna się zgodziła. Zakręciła, dostałam znieczulenie, które ledwo zaczęło działać już przestało. Ale najważniejsze osiągnęłam: rozwarcie ruszyło z kopyta. Staję przy drabinkach, zwisam: położna mnie pyta, czy jestem pewna, że chcę rodzić przy drabinkach w zwisie, bo mogę nie zdążyć przejść na fotel. Niekoniecznie wierzyłam. Zaczynam czuć główkę, dostaję "kopa". Kiedy główka jest w połowie, położna każe mi przestać przeć. A ja nie mogę. Rozrywa mi od wewnątrz. Niestety. Żylaki w kroczu robią swoje, mówię, ze muszę przeć, ze nei wytrzymam, nie dam rady czekać. I tu pokłon do męża: stękał mi i chuchał w ucho zmuszając do wstrzymywania parcia. A ja uciekam spod tych drabinek na fotel. Uciekam od tego piekącego bólu. No ale jest tak, jak mówiła położna - cudowna pani Monika - nie jestem już w stanie wejść na fotel. Arturka rodzę wchodząc na fotel, bez zupełnego wysiłku... Na stęknięciu. Łapiemy go obie :-D. Jest 23.50. Lekarz miał rację: urodziliśmy jeszcze tego samego dnia. Nie wierzyłam, naprawdę mu nie wierzyłam. Jestem szczęśliwa. Wszyscy przychodzą mi gratulować, lekarz, położne, pani anestezjolog. Było miło. Bardzo miło. Poród wspominam dobrze. Znów zdarzył się cud narodzin choć "nieco" technicznie :-D
 

Nowe wątki

reklama
reklama
Wróć
Do góry