ja zbieram się na basen, pierwszy od trzech tygodni, bo a to długi weekend a to choroby nas dopadły... pluskanie z Miłkiem poprawi mi nastrój
bardzo wam wszystkim dziękuję, jesteście kochane
ja jestem po przedpołudniowym gadaniu z D. na gg... wścieka mnie to, że zaczyna ze mną rozmowę na takie tematy przez gg!
on uwarza że wszystko jest ok że będzie dobrze że och ach.... że to wszystko da się pogodzić, jego decyzję i nasze bycie razem. Że to tylko jego decyzja, że to nie ma związku z naszym życiem, że my będziemy tak jak do tej pory a do tego on będzie dodatkowo latał tam i koniec... dla mnie jest to trochę bardziej skąplikowane.. niestety....
Jak poznaliśmy się te 11 lat temu to D. mieszkał ze swoją siostrą, jej mężem i ich córką; całą rodziną należeli do pewnego zgromadzenia religijnego (nie chcę pisać nazwy), ja przez pewien czas też się tym zainteresowałam, ale dla mnie pewne rzeczy to była i jest bujda na resorach i zrezygnowałam, D. jeszcze jakiś czas tam chodził ale za bardzo drażniła go dwulicowość i obłuda tych ludzi i odszedł (trwało to ok. roku- półtora) jego odejscie spowodowało to że musiał się wyprowadzić od siostry, nie rozmawiali z nim kilka lat a ze mną jeszcze dłużej... strasznie mnie obsmarowywała wsród rodziny...hmmm tak naprawdę nasze kontakty poprawiły się zchwilą kiedy byłam w ciąży, hmm poprawiły się .. ja chodzę tam uśmiechnięta i nie wywewnętrzam się za dużo ot zwykła "rodzinna" uprzejmość. Przez ten cały czas D. co jakiś rok czasem mniej .. różnie jeździł to męża siostry po poradę i tzw. błogosławieństwo o.k. akceptowałam to uznając że może traktuje go jak ojca którego nigdy nie miał a między nimi duża różnica wieku, on jest czł. sukcesu i że D. potrzebuje jakiegoś wsparcia i rady z jego strony. Ostatnio zauważyłam, że siostra D. zaczyna niejako próbować nas tam całą rodziną wciągnąć a to zaprosiła nas do ich kościoła na koncert ich córki ok poszliśmy, potem na jakiś kościelny piknik - nie poszliśmy. Teraz pojechaliśmy do nich w pt i D zamknął się z R. w pokoju u rozmawiali, wreszcie w sobotę pytam się oczym tak rozmawiali i w nocy D powiedział mi że on tam wraca..... ja nie jestem w stanie tego zaakceptować, uważam że to bujda na resorach, nie wierzę że to nie będzie miało wpływu na nas, na nasze życie, nie wierzę ze nie będzie nacisku bym i ja i miłek tam nie poszli, jak ja będę się czuła na obiadku u nich? oni wesoła gromadka modlących a ja? jak można mówić że to bez znaczenia że to nie będzie mnie i miłka dotyczyło jesli nie chcę.... powiedziałam D. że to oznacza koniec między nami, że ja nie jestem w stanie tego zaakceptować.... Bo wiem że nie jestem, bo wiem że juz nas to podzieliło i wiem że podzieli jeszcze bardziej... jestem w jakimś śnie koszmarnym....
musze wam zaznaczyc zę to nie jest tak że ja ich dyskryminowałam z powodu ich wiary... miałam takie podejście o.k. wierzycie w to wszystko, wychowujecie w tej wierze dziecko o.k. wasza sprawa, nie miało to nigdy wpływu na mój stosunek do nich, nawet jeśli uznawałam że pewne ich doktryny to bzdura... jest to ich życie i wybór i szanuję to... nie jestem jednak w stanie zaakceptować mojego związku z tym kościołem, a niejako pośrednio zostałam w to wplątana