Skoro świt pojechałam do labo, żeby zrobić glukozę i insulinę. I szlag mnie trafił na miejscu, bo okazało się, że nie mam w abonamencie insuliny i badanie dodatkowo płatne. I nie zrobiłam nic. Pójdę w środę po skierowanie, bo od dawna nie korzystam z usług NFZu.
Wczoraj byłam u internisty po skierowanie na komórki nk. Oczywiście nie dostałam, bo pani dr nie znała takiego badania. Dałam jej do przeczytania opis ściągnięty z jakiegoś forum medycznego, ale i to nie pomogło. Kurczę, to po co ja płace te cholerne składki?!
Za to pół wizyty pani dr płyta się zacięła bo słyszałam tylko adopcja, adopcja, adopcja.
I zamiast in vitro mam pojechać na wakacje, bo... najlepsza adopcja.
No i mam już termin na zabieg wycięcia migdałków. Najszybszy z możliwych. Normalnie sprint. Termin na 25.09.2013.
Powiedziałam, że nie mogę mieć operacji we wrześniu, bo w sierpniu albo na początku września będę miała punkcję, a jak nadejdzie termin zabiegu to ja już w ciąży będę :-) Wyszłam z gabinetu i sama się sobie dziwiłam skąd u mnie taki optymizm i wiara w "niemożliwe".
Łaskawie zapisali do mnie nr tel i jak się coś zwolni, to mają dzwonić. Także zapowiadają się wakacje z telefonem przy uchu i na miejscu, w Gdańsku, bo jak ktoś zrezygnuje, to w ciągu godziny mam być w szpitalu. Ech...