Elvie-
To wszystko jest bardziej skomplikowane niz by sie wydawalo, i dlatego tak ciezko bylo podjac decyzje.
Kupilismy tego psa jako niespelna roczniaka. I tu wlasnie zaczynaja sie schody. Poprzednia rodzina musiala z niego zrezygnowac, bo-jak nam wtedy powiedzieli- oczekiwaki trojaczkow, a majac juz starszaka bylo by im ciezko z czworka dzieci w domu, i psem.
Gdy wzielismy Gasia do siebie, okazalo sie, ze nie portrafi on chodzic na smyczy, bo u nich calymi dniami biegal po gospodarstwie (i jak nam powiedzieli notorycznie zagryzal kury i kaczki), nie reagowal wcale na swoje imie, nie potrafil zupelnie nic...
Pracowalismy z nim od poczatku, starajac sie nadrobic pierwszy rok, ale niestety, duzo w jego psychice zostalo juz zaprzepaszczone.
Mimo wszystko pokochalismy go ogromnie, i wybaczalismy mu jego glupiutki umysl.
Po pol roku wyszlo, ze wyjezdzamy do Uk. Decyzje podjelismy w kilka tygodni, a by zabrac psa do UK potrzebne sa specjalistyczne badania, i kwarantanna, trwajaca pol roku. Dlatego najpierw wyjechal Ł, a ja zostalam z psiurkiem,czekajac na mozliwosc wywiezienia psa. Potem okazalo sie, ze ja jednak musze miesiac wczesniej wyjechac, a psa na ten czas zostawilismy u moich rodzicow, teskniac i wydzwaniajac za nim codzien. Po miesiacu polecialam po niego, bo Ł nie mogl dostac wolnego, a potem 35 godzin telepalam sie busem, z synusiem na siedzeniu, byle tylko byc juz razem.
Po 3 miesiacach niewidzenia sie ze swoim panciuniem, Gastek na widok Ł ze szczescia sikal pod siebie. Wtedy Ł obiecal mu, ze juz nigdy sie nie rozstaniemy, i slowa dotrzymywalismy.
Caly nasz pobyt w Uk to bylismy my i pies. Gdzie my , tam on. Jezdzil z nami wszedzie, dla jego wygody kupowalismy duze samochody, z duzymi bagaznikami.
Nie zapomne jak wybralismy sie na weekend do Walii. Na miejscu okazalo sie, ze wynajecie pokoju na noc z psem jest praktycznie niemozliwe, itd...
Znalezlismy wiec miejsce na polu biwakowym, i spalismy w aucie, a nad ranem obudziam sie z lapami psa na twarzy....
Pies wedrowal z nami po wszystkich domach, najpierw jeden, potem drugi, potem trzeci... DO tego wyjazdy raz w roku do Polski, tam pomieszkiwanie u moich rodzicow itd...
To wszystko, ten caly "obwozny" styl zycia na pewno wplynal w jakis sposob na jego psychike. Byl przywiazany do nas do granic mozliwosci, chodzil po calym domu za nami, nawet wyjscie do wc oznaczalo, ze Gastek idzie z ktoryms z nas.
Dlatego wlasnie nie bylo opcji, ze po raz kolejny fundujemy mu zmiane otoczenia, rodziny, ze o oddaniu do schroniska juz wogole mowy nie bylo, bo nasz rozpieszczony synus nie wytrzymal by tam ani chwili.
To okrutne, bo zadecydowalismy o jego smierci...nie my mu dalismy zycie, a my je mu zabralismy. I to najbardziej gryzie sumienie...........