Ello!
bylo tak:
czwartek rano, w trakcie pakowania mojej walizy, pytam chlopa czy nareperowal suwak w torbie na pieluchy i inne duperele. Ten stwierdzil, ze jeszcze nie (mimo, ze od miesiaca go prosilam by to zrobil), ale za chwile zaniesie gdziestam, gdzie torbe naprawia. Naprawca torby stwierdzil zeby przyjsc o 13:30 i torba bedzie gotowa... Malzon o 14ej poszedl po torbe, a tam dopiero zaczeli wstawiac suwak. Oczywiscie przyszedl wsciekly do domu i zaczal obwiniac wszystkich (lacznie ze mna chyba tez

;-)), ze torba na czas zrobiona nie byla. Wkurzyl mnie tym niebotycznie i strasznie sie z nim poklocilam, ale nalezalo mu sie. Ostatecznie musialam pakowac sie na scisk do innej torby - duzo mniejszej i zdecydowanie nieporecznej. W efekcie przez te nerwy zapomnialam zabrac swojego dyplomu z uczelni - nic to, dosle mi malzon poczta. Wzielismy taksowke. Korki... Czas nieublagalnie pedzi, a my w lesie. Udalo nam sie dotrzec na stacje autobusowa na czas. Mloda zasnela mi w ramionach, wiec wynioslam ja z taksowki, a malzon zajal sie bagazami. Obladowany jak osiol wtoczyl sie na stacje i nagle w oczach pojawily sie oznaki paniki - taksowkarz odjechal z plecakiem, a w niim lapek, aparat (gowniany, bo gowniany, ale zawsze...), kurtki i jakies ciuchy dla Konstancji na zmiane. Zlapal chlop w te pedy inna taksowke i ruszyl w poscig za ta, ktora przyjechalismy. Udalo mu sie zlapac taksowe, odebrac plecak i wrocic na czas, wlasciwie na 5 minut przed odjazdem autobusu. Ja w miedzyczasie na bosaka, ze spiacym dzieckiem w ramionach, walczylam z bagazami... Zgadnijcie ilu Meksykan ofiarowalo mi pomoc? ;-)
Na lotnisku okazalo sie, ze sprzedano zbyt wiele biletow na lot. Zaproponowano, ze ochotnicy, ktorzy zdecyduja sie zostrac jedna noc w Meksyku, zostana zrekompesnowani 600 euro, oplacony bedzie hotel i wyzywienie na caly dzien. 600 euro to sporo kasy, wiec stwierdzilam, ze chetne zatrzymam sie na kolejna noc w Mex. nawet na kolejny miesiac, jesli za kazdy dzien beda mi 600 euro wyplacac.

Obsluga stwierdzila, ze ja i inni ochotnicy musimy czekac az zamkniete bedzie check-in i wowczas dadza nam znac, czy zostajemy, czy lecimy. Okazalo sie niestety, ze musielismy leciec... Nic to, kasa przeszla mi kolo nosa, a juz mialam taki fajny dla niej plan... Poszlam wiec z mloda do imigracyjnego wypisac jakis swistek. Mloda mi zwiewa i ucieka po lotnisku, ja objuczona jak jakis jak, gonie za nia i w miedzyczasie wypisuje swistek, babsko w imigracyjnym nie raczy odpowiedziec na zadawane pytania. Za piec minut pokladowanie, a ja jeszcze musze sie do gate'u dostac... Glupia baba - buty na obcasie zalozylam. Zdjelam wiec buty, torby pozarzucalam gdzie sie dalo, zlapalam wyjaca Konstancje za reke i biegniemy... Po kilku metrach mloda w jeszcze wiekszy ryk, bo na rece chciala. Dobra - nie ma czasu, wiec mloda na rece wzielam, jej ciezar i ciezar toreb sprawil, ze prawie rylam nosem po podlodze... Nic to, nindza musi byc twardy - biegne. Jakis Australijczyk podbiegl i zaofiarowal pomoc... W kolo pelno bylo Polakow, ale postanowili udawac, ze po polsku, angielsku czy hiszpansku nie rozumieja... A kij wam w oko swiatowi rodacy... Udalo sie, dobieglam na czas :-) Lot przebiegl sprawnie. Mloda czesc nocy przespala w lozeczku - z nogami wystawionymi poza nie, bo przeciez kruszynka do najmniejszych nie nalezy ;-) Pozniej wyla, wiec wzielam ja w ramiona i tak smacznie spala. Przypadly nam w udziale koszmarne turbulencje - jeszcze takich nie doswiadczylam... Uczucie malo przyjemne. Dobrze ze sie zalkoholizowalam uprzednio;-)

;-). Lot z Niemiec to juz byla przyjemnosc. Niestety w aucie, w drodze do Rska, mala zaczela wyc, bo chciala na rece, a nie w durnym foteliku jechac. Tak wyla i wierzgala przez kilkanascie minut - ktore byly jak wiecznosc... Zgrzala sie okropnie, pozniej wychlodzila i teraz ma gluta do pasa i temperature... W domu natychmiast zaczela biegac, skakac i wyglupiac sie. Niestety pol nocy przez temperature i katar nie przespala. Ja tez nie... Teraz bida odsypia. Nie chce jesc, pic tez nie. Do tego slini sie jak niemowle, bo 5 usiluje wyjsc na swiatlo dzienne...