Dobra, to teraz moja kolej na opowieść z porodówki:
Pewnie pamiętacie jak mi czop odszedł, a półtorej godziny później zaczęły się skurcze, najpierw co 13min, a później co 10. Mąż zadwonił do szpitala i kazali przyjechać. Byliśmy na miejscu przed 23. Jak mnie podłączyli do ktg to się okazało, że skurcze co 3min. Lekarz zbadał i stwierdził 2,5cm rozwarcia. Skurcze na początku były dość znośne, ale po północy już były silne, mąż był przy mnie i masował mi plecy, tak sobie poleżeliśmy do 6 rano. O 6 przyszedł lekarz i.....stwierdził 2,5cm rozwarcia :-( zero postępu. Nawet mi pęcherza nie przebił (za co później na korytarzu psioczyli na niego inni lekarze-mąż słyszał rozmowę). O ósmej było 5cm, a skurcze naprawdę już bardzo męczące, lekarz przebił pęcherz i okazało się, że mam strasznie dużo wód (prawie pełen basen i jeszcze 2 godziny po przebiciu mi się sączyły przy skurczach). Skurcze zrobiły się mniej uciążliwe i do 9.30 miałam już 7cm rozwarcia, więc cała szczęśliwa pomyślałam, że jeszcze z 2 godzinki i rodzimy. A tu się okazało, że akcja znowu stanęła w miejscu i o 11 nadal było 7cm. Do tego wszystkiego małemu zaczęło spadać tętno, no i podjęto decyzję o cięciu.