FutureMummy
Nieogarnięta mama dwójki!
Yola poryczałam sie.
edit
sorki za komentarz, nie doczytałam.
edit
sorki za komentarz, nie doczytałam.
Ostatnia edycja:
Obejrzyj wideo poniżej, aby zobaczyć, jak zainstalować naszą stronę internetową jako aplikację internetową na ekranie domowym.
Notka: Funkcja ta może nie być dostępna w niektórych przeglądarkach.
potem na sali pooperacyjnej spędziliśmy we trójkę jakieś 5 godz zaś przewieźli nas na normalną salę, od wydobycia małego cały pobyt w szpitalu miałam maluszka przy sobie non stop
to chyba tyle w tym temacie
Sprzątaczka zestawu znaleźć nie mogła, ta jej na odległość krzyczy w której szafce, w końcu kazała jej gonić po ginkę a sama poszła po zestaw. Mój M. spojrzał na mnie z przerażeniem, że rodzę a sami na sali jesteśmy, normalnie cyrk jak w filmach. Zanim lekarka przyszła to mi po 2 partych akcja się zatamowała (chyba z nerwów) i znów miałam wizję porodu kleszczowego albo cc. Poprosiłam po raz kolejny o ochronę krocza, jeśli to możliwe. Ginka na to, że skoro chcę ochronę to mam robić co powie i kazała mi na zawołanie przeć, ale tak krótko, po 3-4 razy i oddech. Dwie takie serie i Maciek był na świecie ku zaskoczeniu wszystkich. Zaskoczył nas również wagą 4130g bo go na 3500-3600g ocenili. Położna jak usłyszała, że ma 4130g to stwierdziła: "gdybym wiedziała, że taki duży to bym się w życiu ochrony krocza nie podjęła". Na szczęście nie wiedziała i udało się bez cięcia, mam tylko jeden rozpuszczalny szew przy cewce tak jak z Lenką

) - była 11:20. Na zewnątrz, przed salą czekał mój tata z torbą, zawołałam go na chwilę mówiąc, że już tu raczej zostanę (poszedł ze mną, bo mąż miał jeszcze rano kilka spraw do załatwienia, a nie chciał, żebym była sama). Tata cały szczęśliwy, poczekał, aż przyjdzie mój Maciek, zmienili wartę - tata do domu, moje kochanie ze mną zostało
Potem lewatywa, meeega ulga i dość długie posiedzenie, pojawiły się delikatne skurcze. Dostałam zastrzyk, polecenie skakania na piłce (rewelacja - bardzo mi to pomogło i ulżyło w bólu). Skurcze nie były jakoś dużo silniejsze od moich bóli miesiączkowych (a, że miesiączki mam bardzo bolesne, to mój próg bólu był dość wysoki). Niestety, rozwarcie szło powoli, skurcze były za słabe, zapadła decyzja o podaniu kroplówki. No i zaczęła się jazda... Od 15:00 bóle były takie, że myślałam, że zjem im łóżko, które tam stoi. M masował mi plecy - chyba nawet jakąś ulgę przy tym czułam
ale każde badanie rozwarcia wyciskało mi łzy z oczu... Później przyjechała moja mama, zmieniła M (poszedł coś zjeść żeby nie padł z głodu - lekarz powiedział, że spokojnie ma jeszcze trochę czasu
) i siedziała ze mną. W pewnym momencie straciłam już totalnie wiarę w siebie i w to, że się uda. Wyjęczałam po cichu, że nie dam rady, przykro mi, ale nie mam już siły. Mój lekarz stwierdził więc, że nadeszła pora badania i cud - mamy pełne rozwarcie
tylko szyjka trochę twarda, więc podkręcamy kroplówkę. Zwolniła się sala porodowa, mój M poleciał do pielęgniarek po coś, po czym wrócił i z zadowoleniem oznajmił, że załatwił miejsce do porodu mojej mamie (jest pielęgniarką, więc nikt nie robił problemu). Dostali wdzianko, wzięli mnie pod pachy i zaprowadzili do wc, żebym chwilę w pionie posiedziała (zaczynały się lekkie parte). Po Dolarganie, który dostałam prawie zasnęłam na kibelku, podobno mówili do mnie "nie śpij", a mnie głowa opadała na piersi i mówiłam "mhm, nie śpię <chrap>" 
Zebrali mnie więc na porodówkę (miałam już jeden bardzo silny party), od razu na fotel, położna mówi przemy. Było mi wszystko jedno, przemy to przemy, chociaż średnio wierzyłam, że coś pójdzie. Ale jak usłyszałam "widać włoski" to nowe siły we mnie wstąpiły
Zdążyłam tylko spytać, czy trzeba naciąć - niestety, odrobinę trzeba było. Dosłownie 4 - 5 skurczy partych, na każdym parłam po 3 razy i nagle położyli mi Krzysia na brzuchu - była 18:15
Moja mama i M bardzo mnie dopingowali, podobnie jak lekarz i położne - jestem im bardzo wdzięczna. Pamiętali za mnie żebym oddychała, M trzymał mnie mocno za rękę, mama dociskała głowę do piersi. Nie do końca pamiętam co do mnie mówili, bo byłam maksymalnie skupiona na parciu, ale to nic. Potem było szycie - do przeżycia, parę minut i gotowe. 

Ale nie lało się ze mnie strumieniami, tylko ciekło. Zgłosiłam do dyżurki, pielęgniarka kazała założyć wkładkę i obserwować. Jak będzie tego więcej to mam przyjść jeszcze raz. Do 4 rano było parę skurczy ale nieregularnych i niezbyt bolesnych więc poszłam spać. O 6 rano badanie ginekologiczne- wody się sączą ale rozwarcie tylko na opuszek, szyjka 1,5 cm więc bez szału. Czekamy na obchód i po obchodzie znowu badanie z efektem jak poprzednio. Zapada decyzja o przeniesieniu mnie na blok porodowy. Piszę mężowi, że zaczęły się sączyć wody ale nie ma potrzeby żeby już przyjeżdżał bo na razie nic więcej się nie dzieje.
Oczywiście potem prysznic i badanie. Akcji brak- lekarz stwierdził, że szanse na to, że urodzę naturalnie są takie jak to, że Polska wygra Euro 2012
W międzyczasie telefon po męża i czekam na podłączenie oxytocyny. Mąż przyjechał przed kroplówką , którą podłączyli około 14 czyli pół dnia po tym jak zaczęły się sączyć wody. Oczywiście KTG podpięte. No i leżę na tym łóżku, skurcze się jakieś tam piszą a my z W. zaśmiewamy się z dziwnych pomysłów. Po 40 minutach odłączyli kroplówkę, wysłali pod prysznic i kazali chodzić. Więc połaziłam po spacerniaku w kółko ale dalej nic się nie działo. Żadnych skurczy, żadnych bóli- generalnie nuda. Potem jeszcze jedna próba z oxy, oczywiście bezowocna i po 17 decyzja- jedziemy na salę operacyjną bo z każdą chwilą wzrasta ryzyko infekcji dziecka. Dostaję profilaktycznie antybiotyk i jedziemy. Mąż zostaje przed salą a ja na stół. Znieczulenie i cięcie. Wszystko trwa krótko. Słyszę płacz Małej i po kilku minutach mi ją pokazali. Mogłam ją pocałować i dotknąć a potem zapakowali ją do inkubatorka i wywieźli z sali. Mąż się podobno popłakał ze wzruszenia. Mnie natomiast pozszywali i przewieźli na salę pooperacyjną. Tam spędziłam noc i przedpołudnie dnia następnego. W międzyczasie była u mnie pediatra opowiedzieć o dziecku. Mała została przewieziona na oddział Wcześniaków bo miała początkowo trudności z oddychaniem ale lekarka pocieszyła mnie, że jak ją zwoziła to Mała już ślicznie oddychała i została na oddziale tylko kontrolnie żeby sprawdzić czy nie ma infekcji- na szczęście nie miała :-) W sobotę przed południem przewieźli mnie na Neonatologię. Tam poszłam pod prysznic i po 13 przywieźli mi Malutką. Od tamtej pory byłyśmy już cały czas razem. Ja czułam się zadziwiająco dobrze. Skończyło się na jednym czopku przeciwbólowym. W niedziele miałam kiepską morfologię i była obawa, że trzeba będzie troszkę dłużej zostać ale szczęśliwie poniedziałkowe wyniki były już lepsze. Pediatra nie miał zastrzeżeń co do stanu dziecka więc po 18 nas wypisali.