Wklejam post jaki wpisałam na głównym bo nie mam siły jeszcze raz pisać:
Byłam dzisiaj u dermatologa z Maxem... i myślałam, że zwariuję!!!!!!!!!!!
Najpierw okazało się, że do windy prowadzą... schody (!!!) bez możliwości wjazdu wózkiem (nie komentuję już faktu, że niby Niemcy ale do większości sklepów, aptek i innych instytucji nie ma wjazdów dla wózków ani dziecięcych ani dla wózków osób upośledzonych).
Dobra, wtaszczyłam ten mój półtonowy wózek na półpiętro, otwieram windę a ona 0,5m na 0,5m (!!!) - najlepsze jest to, że rano dzwniłam jeszcze do tej przychodni żeby spytać, czy winda mieści wózek dziecięcy.... ludzie, co za świat
Wcisnęłam jakoś ten wózek i sama musiałam się na nim POŁOŻYĆ, żeby w ogóle się zmieścić w tej klitce.
No dobra.
Wchodzę do tej przychodni a tam oczywiście miliony ludzi a gorąco... chyba ze 30 stopni tam było zanim rozebrałam Maxa on oczywiście już spocony i cały czerwony. Pięknie, pomyślałam, teraz lekarz na pewno stwierdzi u niego AZS bo takie plamy od gorąca to Maxowi schodzą dopiero po ładnej chwili.
No i czekam z tym moim czerwonym dzieckiem na wizytę u lekarza.
Czekam, czekam... w końcu woła mnie jakaś babka. Ja nie wiem gdzie mam iść bo babka zaraz znika. Pytam innej babki a ona, że mam iść do drugiej poczekalni bliżej gabinetów - słuchajcie, myslałam, że w wariatkowie jestem!!!!
Przechodząc do senda: wizyta trwała 5 minut:
Lekarz: Ok, OD KIEDY?
Ja: Od listopada.
Lekarz: Czy w rodzinie były takie przypadki?
Ja: Czy liczy się nietolerancja laktozy?
Lekarz: Nie.
Ja: W takim razie nie.
Lekarz: Gdzie są plamy?
Ja: Wszędzie.
Lekarz: Prosze pokazać.
Rozbieram Maxa, lekarz rzuca okiem. Lekarz wraca za biurko i zaczyna coś mówić, ja jestem zajęta ubieraniem Maxa i nie dochodzi do mnie połowa jego gadki. W końcu siadam na doopie, Max nadal czerwony i spocony.
Lekarz: Mały ma AZS.
Ja: Ale on się nie drapie...??
Lekarz: Proszę Pani, on jeszcze nawet nie umie sobie do buzi ręki wsadzić a co dopiero podrapać ()
Ja: {rybka czyli zatkało mnie}
Lekarz: W tym wieku nie istnieja alergie więc to u niego niemożliwe. Prosze nie podawać mu dużej ilości cytrusów i pomidorów, no ale on i tak jeszcze należy do ligi-mini w jedzeniu, HAHAHA (lekarz smieje się z własnego niby-żartu). Prosze kupić tę maść i smarować trzy dni a nastapo poprawa. Chcę go zobaczyć jeszcze raz za 4 dni. No to ja się żegnam.
Ja: nadal rybka
Lekarz znika powiewając białym kitlem i tyle go widzieli.
Wychodzę z gabinetu, nie mam gdzie ubrać dziecka, Max zaczyna wyć bo jest zmęczony i zdycha z gorąca, spada mi kolczyk, sama jestem spocona jak szczur i nie mam pojęcia co właściwie przepisał mi lekarz, który na dobrą sprawę nie ma zielonego pojęcia o Maxie i przebiegu całej historii.
W ptece mówią mi, że to odpowiednik kortyzonu a tego nie mam zamiaru używać aż do wiosny i aż nie będzie absolutnie innego wyjścia.
Nie zrobiłam u tego gostka ani kolejnego terminu, ani nie kupiłam maści... olewam takich "specjalistów".