reklama

Opowieści z porodówek (BEZ KOMENTARZY)

Temat na forum 'Dzieci urodzone w listopadzie 2010' rozpoczęty przez anbar, 28 Wrzesień 2010.

  1. anbar

    anbar Fanka BB :)

    Jako że niektórym z nas został już tylko miesiąc albo i mniej do porodu, a jak wiadomo, nigdy nic nie wiadomo ;-), zakładam temat, w którym możemy umieszczać nasze historie porodowe (AD 2010).
     
    Ostatnia edycja: 2 Październik 2010
  2. mama_jiz

    mama_jiz Fanka BB :)

    No to zaczynam. Urodziłam córeczkę 22 pażdziernika. Pierwsze skurcze pojawiły się u mnie około 9 rano i pouczona przez inne Listopadówki wiedziałam, że mam zrobić test wannowy. Poczłapałam do łazienki i posiedziałam w ciepłej wodzie około pól godz. Po wyjściu z wanny skurcze lekko nabrały na sile i były mniej więcej co 10-12 min. Zjadłam śniadanko, dopakowałam ostatnie rzeczy do torby, zadzwoniłam do męża i czekałam na rozwój wypadków. O 11.50, kiedy skurcze były już regularne co 7 minut ponownie wskoczyłam do wanny, po pół godziny w ciepłej wodzie skurcze nasiliły się jeszcze bardziej. O 13.45 mój mąż nie wytrzymał psychicznie i pojechaliśmy do szpitala. Po zbadaniu mnie pan doktor stwierdził rozwarcie na 2 palce i powiedział, że jeżeli dam radę wyleżeć to zrobi mi jeszcze usg zanim przyjmą mnie na porodówkę. O 14.45 po dokładnym usg wylądowałam na sali przedporodowej gdzie 15 min później podłączono mnie pod ktg. I od tej pory zaczęły się schody. Tak jak przy poprzednim porodzie tak i teraz ktg nie wykrywało skurczy dopiero jak powiedziałam o tym położnej ta ustawiała czujniki we wszystkich możliwych miejscach na brzuchu, aż wreszcie znalazła jedno gdzie "coś tam" aparat wyłapywał, ale zdaniem lekarza to nie były jeszcze skurcze porodowe. Jakież było jego zdziwienie gdy pół godziny później odeszły mi wody. Zaraz po tym odłączono mnie od ktg i spokojnie poszłam sobie wymiotować do łazienki. Parę minut po 16 położna zaprowadziła mnie i męża na porodówkę, tam stwierdziła, że na takich skurczach nie dam rady urodzić i zafasoliła mi kroplówkę na wzmocnienie, a wierzcie mi 6 lat temu bolało mniej i jakoś dałam radę urodzić. Po tej kroplówce dosłownie wyłam z bólu, ale akcja postępowała błyskawicznie. O 17 miałam pełne rozwarcie o 17.20 zaczęłam mieć skurcze parte, oczywiście położna chciała mnie naciąć, ale się nie zgodziłam. W czterech skurczach partych, o 17.50 urodziłam Zosię, mimo że był to 36tydz i 6 dz ciąży malutka dostała 10pkt, mimo kilku cech wcześniactwa, miała 52 cm i ważyła 2800g. Zabrano ją na chwilkę do badania po czym oddano w bezpieczne ręce taty. U mnie oczywiście tak jak poprzednio był problem z łożyskiem, nie chciało się odkleić więc podano mi antybiotyk i oksytocynę i po pół godziny udało mi się je urodzić. Radość nie trwała długo, bo nie wyszło w całości. Zadecydowano o łyżeczkowaniu, i tu dopiero zaczął się hardcore bo w szpitalu w którym rodziłam robi się je bez znieczulenia... Przeżyłam. Potem już tylko przyjemności, 2 godziny tulenia maleństwa i męża, oraz pierwsza sesja zdjęciowa z malutką przy cysiu. Po dwóch godzinach całą trójką pomaszerowaliśmy na oddział położniczy.
    Ponieważ mam niejakie porównanie, bo rodziłam po raz drugi, uważam że najważniejsi są ludzie na jakich się trafi. Tym razem ekipę miałam świetną, młody, zaangażowany lekarz, i bardzo miła, fachowa położna. Nie nacięto mnie rutynowo, dzięki czemu już następnego dnia rano karmiłam Zosię siedząc na łóżku po turecku, i mogłam bez problemów chodzić, wstawać siadać i ogólnie samodzielnie zajmować się małą już od pierwszych chwil.
    Ogólnie jestem zadowolona z przebiegu i obsługi porodu, uważam jedynie, że kroplówka na wzmocnienie skurczy była zbyteczna.
     
  3. reklama
  4. baska

    baska <mamusia Kamilka i Julci>

    To teraz ja opiszę wam mój poród a raczej cc.

    28.10. o g. 11.00 pojawiliśmy sie w szpitalu. Załatwiliśmy wszystkie formalności papierkowe na Izbie przyjęć i pani zaprowadziła nas na oddział patologi, gdzie spędziłam jedną noc. Sala 4 osobowa z telewizorem :) Nie było źle. Zrobili mi w tym dniu badanie ginekologiczne, usg, gdzie pan doktor powiedział, ze mała ma około 2750 g. Potem miałam ktg i od 18 godziny nie mogłam nic jeść ani pić a o 22 zrobiono mi lewatywę. Co 2 h położna chodziła z takim głośnikiem i wężykiem, który przykładała do brzucha i sprawdzała tetno dzidziusia.Następnego dnia 29.10. o godz. 5 się obudziłam i byłam troszkę zdenerwowana o g.7 przyjechał mój mąż i 15 min póżniej zaprowadzono nas na oddział porodowy na blok operacyjny. Mąż został za drzwiami a mnie położono na łóżku, dali mi 2 kroplówki, cewnik i tak sobie leżałam. W tym momenci szczerze to modliłam się zeby wszystko było ok. Po godz. 8 zawiezli mnie na stół operacyjny tam pani anestezjolog o 8.25 dała mi zastrzyk w kręgosłup, podłączono mnie do aparatur i tak rozpoczęło się przygotowanie lekarzy do mojego cięcia. W tym momencie robiło mi się dziwnie słabo i chciało mi się wymiotować o czy ich poinformowałam i coś wstrzyknęli po czym od razu poczułam się bardzo dobrze. O 8.35 zaczęli robić na moim brzuchu czego nie widziałam tylko ich i czułam takie ruszanie moim brzuchem i o 8.39 wyjęli moją Juleczkę na świat :))) Piękny widok była cała biała z takiej mazi :))) i strasznie płakała :))) Po czym ją wzięli do mycia, ważenia, mierzenia itd a mnie zszywali a ja cały czas słyszałam jak moja niunia płacze i płacze :))) Byłam szczęśliwa, ze już po wszystkim... Po chwili w czasie zszywania mojego brzucha przynieśli mi małą i położyli koło mnie, że mogłam na nią patrzyć i ją całować :))) Gdy juz mnie zszyli przenieśli mnie na łóżko, małą wzięli a mnie przewieźli na oddział pooperacyjny poleżałam tam pod kroplówką i aparaturą i w tym czasie sobie zasnęłam. Gdy już zaczęłam czuć nogi wzięli mnie była to godz. 12.25 na oddział noworodkowy na sale pooperacyjną gdzie leżały jeszcze 3 dziewczyny. Malą mi przynieśli i położyli mi ją na piersi żebyśmy mogły sie sobą nacieszyć. Mąż też był przy nas i taki był szczęśliwy, że mamy już tą naszą ksieżniczkę koło siebie :))) Mała była cały czas ze mną na sali. Mogłam po godzinie 13 zacząć już pić a o 17 dostałam tylko suchą bułkę ale była świeża i tak bardzo mi smakowała. Na drugi dzień 30.10. rano mogłam juz wstać, pielęgniarka zaprowadziła mnie do łazienki gdzie mogłam się okąpać i zdjęła mi cewnik. Powiem wam, ze szybko po cc mogłam się ruszać i nie sprawiało mi to tyle trudności jak przy pierwszej cc. takze bardzo szybko doszłam do siebie i w 3 dobie nas wypisali do domku czyli 1.11 o godz 14 :))) Teraz jesteśmy juz wszyscy w komplecie bardzo szczęśliwi. Nasz Kamilek tez super pozytywnie przywitał swoją siostrzyczkę i widzę jak bardzo się cieszy z tej sytuacji. Dzisiaj narysował mi kwiatuszki na kartce a tatusiowi kazał napisać dla Mamusi i Julki :))) jaka byłam szczęśliwa normalnie jest kochany...
     
  5. holly101

    holly101 Fanka BB :)

    No dobra, do trzech razy sztuka - dwa razy próbowałam, może tym razem się uda napisać co nieco w tym wątku ;-)

    26 października, około południa dotarliśmy do szpitala na IP, tam przez około pół godziny wypełniałam różne dokumenty, odpowiadałam na dziesiątki pytań położnej, miałam pobraną krew, założony pierwszy wenflon itp. Powiem Wam, że mnie to nie przeszkadzało ale już rozumiem nerwy dziewczyn, które przyjeżdżają na IP ze skurczami a tu tyle formalności... :no: Niefajnie to rozwiązane.

    Potem powędrowałam na oddział patologii ciąży gdzie spędziłam pierwszą noc, umilaną przez KTG (trzy razy) i podawanie antybiotyku dożylnie (o północy i piątej rano). O 6 rano (acha, od przyjazdu do szpitala już na czczo) baardzo niemiła pani pielęgniarka obudziła mnie przesłodkim tekstem "wstawać, lewatywa - i to szybko, bo jeszcze mam trzy do odessania"... No więc poszłam na tę średnio przyjemną procedurę, zaraz potem oczywiście do kibelka, a stamtąd pod prysznic i piętro wyżej na porodówkę. Cały czas był ze mną R. Byłam już trochę przestraszona.

    Na sali porodowej, gdzie najpierw musiałam się położyć, trwał a właściwie dobiegał końca poród naturalny i gin szył właśnie panią, która baardzo płakała z bólu - obok niej był już zawinięty w rożek jej nowo narodzony synek. Było trochę krwi co nie dodało mi odwagi - wejście do sali było akurat na wprost jej krocza więc średnio. Położyłam się na drugim łóżku w tej sali - za takim murkiem i tam założyli mi drugi wenflon, cewnik - też mało przyjemna sprawa oraz podali kroplówki. Od tamtej pory wszystko szybko się potoczyło. Najpierw przyszedł R. - dopiero po tym jak wywieźli z sali drugą rodzącą a potem przeszliśmy (ja już nago - ale kompletnie mi to zwisało w tym momencie) na salę operacyjną obok). Usiadłam na łóżku i pani anestezjolog zaczęła mi tłumaczyć w jaki sposób mnie znieczuli. Powiem szczerze, że średnio dopilnowali tego bym nie mogła się ruszyć w trakcie - tzn. zapanować nad odruchem bezwarunkowym w momencie wbijania igły w kręgosłup i musiała to robić dwa razy... Po podaniu znieczulenia wszystko trwało bardzo krótko. Znieczulenie zaczęło działać od razu, przez kilka chwil czułam denerwujące mrowienie, a potem już nic. Zrobiło mi się niedobrze, jak pielęgniarka nałożyła mi maskę z tlenem, od razu dostałam zastrzyk z efedryny i było lepiej. Oczywiście słyszałam wszystko co się dzieje, nie widziałam prawie nic, zasłonka była dobrze założona a nade mną nie było lamp w których zabieg mógłby się odbijać ;-) Dialogi zaś były bardzo rozrywkowe, moja gin z panią chirurg dyskutowały o tym, że dr google to ulubiony lekarz Polek, omawiały też wczorajszy poród, w którym "pacjentka odmówiła współpracy przy rozwarciu na 4cm i zażądała cięcia i że kiedyś to kobiet były bardziej wytrzymałe, a ta biła, gryzła i kopała - histeryczka". W tym momencie dziękowałam losowi za to cc bo wiem, że z moją odpornością na ból sama bym więcej nie wytrwała i w ogóle zdenerwowało mnie to gadanie bo przecież dziewczyna nie udawała. No ale wróćmy, do głównego wątku...

    O 8 wszystko się zaczęło a już o 8.25 wyciągnęli mojego Leosia, widziałam go od razu jak przenosili go na stół do badań neonatologicznych - był taki piękny i o dziwo czyściutki, neonatolog powiedział, że wody były jeszcze idealnie przejrzyste, czyli naturalnie mogłoby to jeszcze ze dwa - trzy tygodnie potrwać. Maleństwo umiarkowanie płakało, ja za to całkowicie nieumiarkowanie... Łzy szczęścia lały się rzęsiste :-) Następnie nastąpiło pierwsze buzi od Mamuni i potem Leoś poszedł z lekarzem i swoim tatusiem do mierzenia i ważenia a ja już tęskniłam... Wyciągnęli łożysko, bardzo szybko zszyli i przewieźli do sali pooperacyjnej, tam po paru minutach zjawili się Mężczyźni Mojego Życia i od tej pory byliśmy cały czas razem. Od razu położyli mi Leosia na brzuchu, od razu go przystawiłam i Maluch zaczął ssać... Cudowna chwila, choć mały ból był... Bardzo szybko zaczęłam odzyskiwać władzę w nogach - było to połączone z mrowieniem. Pierwsze karmienie Leosia trwało 5-10 minut i nie było dla mnie dyskomfortem ze względu na ranę, położna ułożyła Leosia w bardzo fajny sposób, z boku, na paru kocach więc de facto był wyżej ode mnie więc wystarczyło się leciutko obrócić w bok i karmiłam bez problemu. potem zaczęło trochę boleć, więc od razu dostalam kroplówkę, ból nasilał się przy karmieniu - nie sądziłam, że obkurczająca się macica może być bardziej bolesna od pooperacyjnej rany... Ale to wszystko było już nieważne - mój Największy skarb był obok mnie, po karmieniu zasnęliśmy razem pod czujnym okiem R. :-) Oczywiście, cały czas byłam podłączona pod kroplówki i podawali mi antybiotyk.

    Na tej sali spędziłam czas do następnego dnia rano, w dzień porodu wieczorem wstałam sama i poszłam z pomocą R. pod prysznic. Wiem, że boli ale powiem Wam dziewczyny, że warto się przełamać, po tym prysznicu czułam się o wiele lepiej. Pomijam drobny fakt, że mnie dokuczał straszliwy ból głowy, ale teraz to już nieważne... Na nocnej zmianie była beznadziejna pielęgniarka, która postawiła sobie za punkt honoru wyproszenie R. z mojej sali (miał wynajętą salę komercyjną na drugim końcu korytarza - do niej przeniosłam się następnego dnia) ale się nie daliśmy. To właśnie ona zapragnęła od razu dokarmiać moją Kruszynkę glukozą. Jakiś instynkt (i wiedza z SR) nie pozwoliła mi się na to zgodzić, bo skoro Mały je bez problemu, a jego waga, choć niska mieści się w normie to nie widzę potrzeby dopajania ani sztucznego dokarmiania... Rację w tym przyznały mi położne i moja gin dzień później, choć początkowo mój R. miał wątpliwości. Pani pielęgniarka miała 100 lat i potem zasłynęła jeszcze kilkoma swoimi nowoczesnymi spostrzeżeniami. Następnego wieczora Maluszkowi się ulało i to dość mocno. Przestraszyłam się i postanowiłam wezwać pomoc - myślałam, że mnie trafi jak zobaczyłam, jej równie mądrą koleżankę - która starała mi się wmówić, że przekarmiłam Leosia i "przeze mnie" mu się ulewa - powiedziałam że zamierzam karmić na żądanie i ten sposób przewiduje przestać w momencie jak Mały już nie będzie więcej chciał (a karmiłam raptem 20 min). Na to ona, że to jakieś modne wymysły, ale "jak sobie pacjentka chce". Normalnie, czysta komuna...

    Parę jeszcze opowieści by się znalazło ale to już nie w tym wątku. Ogólnie z opieki lekarskiej i pielęgniarskiej (nie licząc tych dwóch indywiduów jestem zadowolona). Najważniejsze jest to, że mój Cud jest już ze mną i wszystko skończyło się szczęśliwie :-)
     
  6. rtyska

    rtyska Mamusia :)

    :) Więc tak:
    jak codziennie siedziałam sama to akurat w tym dniu- czwartek 04.11 wpadła siostra w odwiedzinki, zażartowała że fajnie by było jakbym zaczęła rodzić przy niej, pół godziny później odeszły mi wody- co napisałam Wam od razu :)
    Nie byłam pewna czy to to bo tak pokapywało, przy ruszaniu się ciekło, zadzwoniłam do położnej potwierdziła że to wody i żebym się szybko zbierała.

    Mój był w pracy, stał w korku, ze mnie leciało już ciurkiem, ale zdążyłam się wykapać, ogolić, siostra dopakowała ostatnie rzeczy i czekałyśmy 1,5 h aż mój dojedzie.

    Dojechaliśmy do szpitala- mega korki były miałam ponad 2cm rozwarcia i żadnych bóli. Na Ujastek byłam trzecia w kolejce ale sprawnie wszystko poszło.

    Polecam jednak mieć swoja położną- kobieta była wspaniała, bardzo pomagała.

    Dalej twierdzę że najważniejsze jest NASTAWIENIE, ja nie mogłam się doczekać, myślałam tylko o dziecku, z moim śmialiśmy się aż się popłakałam- lekarz zaczął mi się dziwnie przyglądać czy czasem czegoś nie brałam!! Ale humor starałam się utrzymać i udawało mi się to dzięki mojemu R. Cały czas oczekiwałam tych okropnych bóli, tej męki i nie wiadomo czego jeszcze- u mnie niczego takiego nie było. Skurcze były ale piłka, spacerki, nie czułam tego jako ogromnego bólu. Jak powiedzieli że jest 7cm, 8cm.. to trochę zaczęłam panikować że się zacznie koszmar... Praktycznie rodziłam na stojąco, położna uspokajała mnie że będzie mi łatwo bo jestem bardzo rozciągnięta (z jogą w ciąży to jednaj prawda- ja chodziłam 4-5 razy w tygodniu).

    Kazali mi przejść na ten okropnie wyglądający fotel, byłam słaba, ale to z wysiłku fizycznego, parcie było meczące...

    Położna instruowała co mamy robić, mój trzymał tlen, miał trzymać głowę, ja jak będzie skurcz mam wziąć wdech głęboki i mocno przeć i na jednym skurczu miałam tak zrobić trzy razy.

    Pierwszy skurcz- bolał ale bez tragedii, wpadłam w panikę to teraz zacznie się ten obiecywany kilku godzinny koszmar...

    Położna uspokajała że już widzi włoski że to już koniec ale muszę się zmobilizować, myślałam że mnie tak okłamuje, że na pewno teraz będzie horror. Powiedziała że pęknę więc natną- nic nie poczułam, zero. Zmobilizowałam się, trzy skurcze, wdechy, parcie i usłyszałam płacz!!!
    Pierwsze moje słowa: " KUR** co to było??"
    Położna: "no twoje dziecko!"
    Ja: "to już???!!"

    Był 05.11 godzina 24.30

    Położyli mi go brzuchu ja byłam w szoku, rozpłakałam się, przytuliłam bobaska. Mój przeciął pępowinę- czego miał nie robić bo się bał, ale zrobił z dumą.

    zabrali go obok na stół, wszystko odbywało się przy nas, mały był tylko pól minuty poza moim wzrokiem.

    Położna mówi przyj jeszcze raz- łożysko musi wyjść- nic nie poczułam, widziałam jak wygląda, myślałam że to coś gorszego- a tu taki mały talerz czerwony.

    Zaczęli szycie- nic nie czułam. Mój R miał przynieść ubranko - przyniósł trzy body- położna się śmiała że tata chyba nie wie jeszcze że trzy body to za dużo i może niech weźmie jakieś śpiochy... Mój biegał w szoku ale szczęśliwy jak nigdy.

    Byłam szczęśliwa, zaczęłam wszystkim dziękować i w ogóle, lekarz powiedział "Pani to na pewno coś wzięła..." położna "na ogół przy porodzie nas wyzywają, wyklinają mężów, no chyba pierwszy raz ktoś dziękuje :)"
    Ale ja byłam taka szczęśliwa, tuliłam całe 3150 g miłości.

    Dwie godziny nie mogłam wstawać bo miało się tam wszystko poukładać. Po tym czasie poszłam pod prysznic z moim R.
    słusznie mówią że poród to maraton na 40 km... byłam słaba jak nigdy w życiu.
    Po kolejnych 3 godz poszłam do toalety na siku- dzięki odkręconemu kranowi, polewaniu wodą poszło szybko.

    O 5 mój R. został wyproszony i ja zostałam sama z dzidzią w ramionach.

    O 6 pielęgniarki przyszły mnie umyć- zdziwiły się że jestem już po. Ale ja nie wytrzymałabym tak długo- już te dwie godziny były ciężkie, zwłaszcza że leżałam w pościeli a byłam cała z tych wód i trochę kwrii.

    Reasumując na pewno nie będę się bała kolejnego porodu- dalej uważam że dentysta jest najgorszy.
    Nie bójcie się tylko myślcie o dziecku- że trzeba się zmobilizować i urodzić jak najszybciej bo on ma zdecydowanie gorzej niż my.
    Powodzenia życzę wszystkim jeszcze nie rozpakowanym!!!!
     
  7. agatakat

    agatakat Fanka BB :)

    No i przyszedl czas na moja opowiesc ;)


    6 listopada (termin porod) po poludniu kolo 17 drzemalam przed tv, obudzil mnie nagle przeszywajacy bol.. nie bylam pewna czy to skurcz. Wstalam zeby pojsc do lazienki i cos mi pocieklo, nie bylo tego duzo, mialam wrazenie ze nie trzymam siku.


    Po skorzystaniu z lazienki znowu cos mi pocieklo, wtedy przeszlo mi przez mysl ze wody zaczely mi odchodzic. Poszlam jeszcze raz do lazienki to juz bylo wpol do 18 i zobaczylam na podpasce dziwny kolor. T. od razu za telefon i dzwoni do szpitala, ja tez rozmawialam z polozna i mowilam ze nie jestem pewna jaki to kolor, kazal nam przyjechac.



    W szpitalu bylismy 15 po 18, polozna od razu jak zobaczyla podpaske mowi ze dziecko sie skupkalo w srodku, sprawdzila ze mam 3 cm rozwarcia, przyszedl lekarz zadecydowal ze beda od razu wywolywac.


    Polozna zaprowadzila nas na oddzial, dostalismy osobny pokoj z lazienka, jestem pod wrazeniem warunkow jakie mozna miec na sluzbe zdrowia tutaj w uk, niestety polozna ktora sie miala mna zajmowac okazala sie ‘muminkiem’.. przyszedl lekarz zalozyl mi wenflon, a ona przyszla i stwierdzila ze nie jest pewna czy lekarz dobrze to zrobil i jeszcze raz mi go zakladala..



    Naszczescie okazalo sie ze ta polozna konczy swoja zmiane i dostalam inna, hiszpanke ktora jak sie potem okazalo ma meza polaka :tak:
    Kolo 20 zaczeli mi podawac oxy, moze trwalo to z 5 minut bo tetno dziecka skoczylo, lekarz przyszedl kazal wylaczyc, sprawdzil rozwarcie 4 cm.. wtedy tez zaczely mi sie skurcze regularne.. kazal poloznej sprawdzic rozwarcie za 2 godz a jak nie bedzie postepowalo wznowic oxy.


    I wtedy zaczely sie bole na powaznie.. wciagalam gaz przy tych mocniejszych skurczach. W pewnym momencie tetno dzidzusia zaczelo spadac i polozna kazala mi sie przekrecic na bok i juz po chwili wszystko bylo ok.za 15 minut do 23 polozna sprawdzila mi rozwarcie i juz bylo pelne ;)



    Do porodu przyszla jeszcze druga polozna i pediatra zeby Mala od razu sprawdzic. Zaczely sie bole parte, ktore byly bardziej bolesne niz myslalam ze beda :( do boli partych juz gazu nie uzywalam, a najlepsze bylo jak w pewnym momencie czulam ze juz glowka i kawalek raczki (albo bark) sie urodzil i czekalam tylko na kolejnego skurcza zeby reszta dzieciatka wyszla :) 25 minut po polnocy przyszla na swiat Amanda :).
    Polozyli mi Mala na brzuchu i odcieli, lekarz tylko zbadal czy wszystko w porzadku i juz Mala po raz pierwszy ssala cyca :)


    Byly drobne problem z lozyskiem, nie chcialo wyjsc pomimo zastrzyku, wkoncu jakas inna polozna przyszla i oproznila mi pecherz i wreszcie lozysko usuneli.
    Potem juz bylo tylko szycie ktore wspominam strasznie.. bolalo bardzo pomimo ‘paru’ chyba z 5 zastrzykow domiejscowych + gaz, w pewnym momencie mialam wrazenie ze jeden zastrzyk dostalam w lechtaczke ;) bol nieziemski..


    Po pol godz, po wypiciu herbaty, wstalam zeby wziasc prysznic, nic mnie nie bolalo (to pewni eprzez te zastrzyki wczesniejsze;) ) i juz kolo 2 maszerowalismy na inny oddzial :) tam odeslali T. Do domu, a mysmy byly na tym oddziale do 5 po poludniu.. moglismy dluzej zostac ale nie widzialam sensu skoro nic mnie bardzo nie bolalo, z Malutka wszystko w porzadku to chcielismy jak najszbciej do domku, bo tam i tak spac sie nie dalo :)


    caly porod od regularnych skurczy trwal 3.25 h, wszyscy byli w szoku ze urodzilam bez oxy i to jeszcze w takim tempie.. wedlog 'planu porodu' powinnam urodzic kolo godziny 9 rano..



    Teraz juz w domku zmagamy sie z karmieniem, mam malo mleka i bolace brodawki.. i tak duzo milosci do zaoferowania dla Naszej coreczki.. hormony mi skacza i najchetniej caly czas bym sie przytulala do tego pachnacego cialka...
     
  8. anbar

    anbar Fanka BB :)

    Nasz poród pomału rozkręcał się od niedzieli 31.10. Każdego dnia pomału, aż w nocy z 4/5.11 ruszyło na dobre. Od dwóch dni odchodził mi pomału czop podbarwiony na brązowo, aż w końcu późnym wieczorem 4.11. odpadło sporo galaretki w czerwonym kolorze. Już wiedziałam, że do spotkania zostało nam kilka(naście) godzin. Tym bardziej, że zaczęlam odczuwać rzadkie i słabe bóle w miednicy, tak jakby i ją ktoś ściskał. W brzuchu nie czułam nic. Ok. 2:30 obudził mnie taki sam ból, trochę mocniejszy. Podsypiałam jeszcze trochę, ale każdy kolejny ból mnie wybudzał. Od 5 rano bóle pojawiały sie na tyle czesto, że nie dałam rady zasypiać miedzy nimi. Zaczelam wiec liczyc czsestotliwosc. Byly co 5 minut, ale nadal takie... No tylko ten scisk w miednicy przez 20 sekund i koniec. O 6:30 nadszedł bol po 3 minutach od poprzedniego i kiedy po pol godzinie nadal bylo tak samo, obudzilam męża, że ja chyba rodze. On najpierw do mnie: idź spać, to jeszcze nic, jakbyś rodziła, nie mogłabyś tak spokojnie oddychać. W koncu ustalilismy, ze dzwonie na IP i pytam co robić. Ale jak na złość telefon był zajęty dobre 15 minut, wiec podjelismy decyzje: bierzemy rzeczy i idziemy do szpitala. Najwyzej nas wysla z powrotem do domu.
    Na spokojnie poszlam wziac prysznic i wtedy poczulam, ze boli bardziej, ale nadal to tylko taka niedogodność, nie żaden horror. Zjadłam jeszcze porządne śniadanie i poszlismy. Mielismy isc na piechote, ale stwierdzilam, ze chyba nie dam rady, bo co 3 minuty musze sie zatrzymac i dac przejsc bolowi, wiec poczekalismy na autobus.
    Przyszlismy na IP, położna pyta co sie dzieje, a ja na to, ze nie wiem, ale jestem 3 dni po terminie i cos mi tak sciska miednice co 3 minuty i nie wiem czy to skurcze przepowiadajace czy porodowe. Posadzili mnie na fotel, a tam szyjka zgladzona, 3 cm rozwarcia i piekna podatna szyjka. Polozna zawyrokowala: do 15 utuli pani dziecko.
    Zrobili mi jeszcze ktg i poslali na porodowke. Maz poszedl ze mna, chociaz nie planowalismy wspolnego porodu, ale jakos tak naturalnie wyszlo, ze bylismy razem do samego konca.
    O 10 przyszedl lekarz, stwierdzil piekne rozwarcie na 5 cm i zapytal czy chce juz zzo. W ankiecie na IP zaznaczylam, ze chce miec mozliwosc skorzystania z zzo jak nie dam rady zniesc bolu. Ale bol byl taki no... niedogodny, nic strasznego.
    O 12 przyszedl znowu lekarz i... stwierdzil rozwarcie na 5 cm. Skakałam na piłce, łaziłam po korytarzu i nic sie nie dzialo. Skurcze sie nieco nasilily w dlugosci, ale nadal nie czulam nic w brzuchu, tylko ten scisk na miednicy.
    O 14 znowu przyszedl lekarz i po stwierdzeniu, ze porod nie postepuje, ze nadal mam 5 cm rozwarcia, zapytal co robimy. Czy przebijamy od razu pecherz plodowy czy dajemy oksy. Zgodzilam sie na oksy. O 14:50 podlaczono mnie pod oksy i co jakis czas sprawdzano mnie i malego ktg czy dajemy rade. Co godzine zwiekszano mi dawke osky i sprawdzano rozwarcie, ale nic sie nie dzialo. Nadal stalo na 5 cm, chociaz pod palcami lekarz szyjke rozciagal na duzo wiecej. Skurcze byly czestsze, ale nie dluzsze, i mocniejsze, od 80 do 100. O 17 lekarz sprawdzil znowu sytuacje i po stwierdzeniu, ze to nadal tylko 5 cm, zaproponowal przebicie pecherza albo czekanie co dalej. Od razu tez wyjasnil mi z czym sie wiaze kazdy z wyborow, tak wiec pozwolono mi samej zadecydowac co dalej.
    Zdecydowalam sie na przebicie pecherza i jeszcze zwiekszenie oksy. O 19 nadal sie nic nie ruszylo, skurcze byly juz praktycznie same 100, mnie cos tam bolalo, ale nie jakos masakrycznie, czulam ogromny nacisk na kosci miednicy, glowka dziecka wisiala bardzo nisko, a rozwarcie nie postepowalo. W koncu o 19:30 razem z lekarzem podjelismy decyzje o cc. Nie moglam juz przedluzac naturalnego, bo bez wod kazda godzina byla bardziej ryzykowna dla malego.
    O 20 odpieto mi oksy i... wtedy ruszyly porzadne skurcze :-) W pewnej chwili juz myslalam, ze za chwile urodze. Do samego konca mialam skurcze porodowe, silne, ale krotkie.
    Ostatecznie o 22:45 położono mnie na stół operacyjny. Czekałam tak długo, bo było mnóstwo cesarek tego dnia a moje dziecko bylo w dobrym stanie i nie bylam przypadkiem nagłym. Pamietam, ze patrzylam na zegar to byla 22:55. Kilka minut później poczułam nacisk na brzuch, a potem taka cudowna lekkosc i nad parawanem pojawila sie czerwona umorusana wodami i mazia buzia naszego synka. Lekarz po otwarciu mojego brzucha aż jęknął: to nie dzidziuś a cały dzidziol.
    Później przewieziono nas na pooperacyjna. Maz mógł być ze mna ile chcial, chociaz mnie bylo wszystko jedno. Na wpół przytomna z bólu i znieczulenia, zmęczona, od razu zasnęłam. Dzieci pilnowaly polozne, wiec naprawde fajnie. Po 12 godzinach kazano mi wstac, a potem przewieziono do sali poporodowej.
    Opieka w szpitalu super, polozne bardzo pomocne, wszystkie mile, pomagaly z przewijaniem, karmieniem, przynosily srodki przeciwbolowe na zadanie, kapaly dzieci.
    Jako powód cesarki wpisano mi dysproporcje płodowo-miednicowa. Lekarz który mnie cial powiedzial mi, że dziecko było za duże i nie mialo miejsca, zeby sie dobrze nagiac do kanalu rodnego. Główkę miał nisko, ale niewystarczajaco przygieta, wiec nie mogl dobrze napierac na szyjke i jej rozwierac.
     
  9. Elzu

    Elzu Fanka BB :)

    Bedzie troche dlugo ale pisalam z mysla zeby miec tez na pamiatke dla siebie, wiec w miare szczegolowo :)

    W piątek 5 listopada zaraz przed 24, wybierałam się pod prysznic i poczułam, że mi mokro. Okazało się, że zaczęły mi się sączyć wody. Zadzwoniliśmy do szpitala zapytać co robić i kazali przyjechać na sprawdzenie.

    W szpitalu podlaczyli mnie pod KTG, nie wykazalo zadnych skurczy, a serduszko dziecka bilo w normie. Położna popatrzyłana wkładkę zadala kilka pytań i sprawdziła rozwarcie - 2cm i szyjka na 1cm. Ponieważ nie miałam żadnych skurczy to odesłano nas do domu. W razie jakby poród nie zaczał postepować samoistnie mieliśmy zgłosić się do szpitala na wywołanie w niedzielę o 8.30 rano.

    Całą noc nie mogłam zasnąć z wrażenia i dlatego, że wiedziałam, że maksymalnie dwa dni i będzie po wszystkim. Całą sobotę miałam skurcze, ale nie regularne, co 20, 10, 7, 40 minut, niektóre słabsze inne mocniejsze. Podłączyłam maszynę TENS i jak bardziej bolalo, to jej używałam. Wieczorem zwątpiłam, żeby sama się akcja rozwinęła. W nocy skurczy było już trochę wiecej i bardziej regularne, a koło 6 rano już co 5min. Wiec zamiast czekać do 8.30 pojechalismy od razu do szpitala.

    Tam znowu KTG (trzy podejscia, bo końcówka do wykrywania skurczy nie działała dwa razy). Skurcze sie trochę wyciszyły, ale że wody odeszły dłużej niż dobę temu, to wysłali nas na porodówkę.

    W pierwszej chwili plan był taki, że bedziemy czekać aż się akcja sama rozkręci bardziej ale położne stwierdziły, że trochę to za wolno idzie, a i tak miały już dla mnie naszykowane łożko na wywoływanie.. wiec przenieśli nas do innego pokoju. Tam czekała na nas już położna Mary, bardzo miła pani, ktora byla z nami do samego konca. Zapytała czy bede chciala znieczulenie zewnatrzoponowe, powiedziałam, że tak. Zdecydowała, że w takim razie poczekamy na anestozjolog i jak zalozy znieczulenie to wtedy podlaczy mi kroplowke na wywolanie.

    W miedzy czasie zalozyli mi kroplowke z plynami i zostalam podlaczona pod KTG, takze juz musialam ciagle siedziec na lozku. Anestezjolog sie spozniala (miala nagla cesarke), wiec zamontowano mi również kroplówke na wywolanie skurczy i mimo, że polozna powiedziala mi, ze narazie tylko mała dawka to chyba zaczela w miare szbko dzialac, bo skurcze mialam coraz dluzsze i silniejsze - zeby zlagodzic bol wdychalam gaz z powietrzem.

    Natepnie przyszla anestezjolog z pomocnikiem, wytlumaczyla mi wszystko na temat znieczulenia, jak sie je robi, jak dziala jakie sa skutki uboczne i kiedy sie na nie zgodzilam to mi je zalozyli. To bylo troche skomplikowane, bo w miedzyczasie mialam skurcze, a nie moglam sie poruszyc (maz podawal mi ustnik z gazem i powietrzem).

    Po zalozeniu znieczulenia polozna (jakas inna, bo moja poszla na przerwe) zalozyla mi cewnik i zbadala, glowka byla juz bardzo nisko, a rozwarcie na 4cm. Badanie własciwie zrobila mi studentka (byla tam tylko w tej chwili nie przez caly czas) i powiedziala, ze wg niej glowka dziecka jest nie w ta strone - polozna zbadala mnie po niej i powiedziala, ze jest dobrze.

    Skurcze nadal przychodzily i zorientowalam sie ze tylko prawa strona ciala jest znieczulona, a po lewej wszystko czuje.. a ze byly juz na prawde czeste i mocne, to spanikowalam... Polozna z anestezjolog postanowily, ze przy dodatkowej dawce znieczulenia (czyli po godzinie) przechyla mnie lekko na lewa strone, zeby lekarstwo znieczulilo takze tamta strone - i tak zrobily.

    Udalo sie znieczulic brzuch ale lewe udo i posladek nadal byl znieczulony, a ze nie czulam bolu w pozozstalych czesciach ciala, to mialam wrazenie, ze caly kumuluje sie wlasnie w tej lewej stronie. Okropne uczucie.. a do tego od siedzenia tyle godzin w jednej pozycji cala lewa strona byla taka odretwiala i mrowila. Zaczelam sie zalic poloznej ze bardzo boli (caly czas uzywalam gazu z powietrzem) i ze czuje nacisk na odbyt. Wiec szybko mnie zbadala i okazalo sie ze mam juz pelne rozwarcie (byla w szoku, ze tak szybko z 4cm zrobilo sie pelne) i podjelismy decyzje, zeby juz nie podlaczac kolejnej dawki znieczulenia, bo bez niego bede miala lepsza kontrole w parciu.

    Skurcze parte zaczely sie kolo 17.30 moze nawet troszke wczesniej, byly czeste i bolace, nadal wdychalam gaz z powietrzem (klatka piersiowa bolala mnie od tego wdychania jeszcze przez kolejne dwa dni). Polozna zaczela szykowac wszystko dla dziecka, a w miedzy czasie przyszla pani doktor (normalnie nie ma lekarza przy narodzinach, wiec podejrzewam, ze przy sprawdzaniu rozwarcia polozna zauwazyla, ze cos jest nie tak i ja zawolala), zbadala mnie i stwierdzila, ze rzeczywiscie dziecko jest zle ulozone - twarzyczką w bok zamiast w dol (jednak studentka miala racje).

    Zrobilo sie zamieszanie, za chwile przyszla jeszcze jedna kobieta (chyba tez lekarz) i postanowiono, ze trzeba pobrac probke krwi z glowki dziecka, zeby sprawdzic poziom tlenu (jesli bylby za niski to cesarka). Lekarka zamontowala jakis dziwny wziernik i taka dluga plastikowa rurka wprowadzila do srodka taka jakby igle z haczykiem i pobrala krew z glowki. Te kilka minut w oczekiwaniu na wynik byly straszne.. nagle juz mnie nic bol nie obchodzil, tylko to zeby wynik byl dobry i na szczescie byl.

    Kolo 18.10, polozna stwierdzila, ze teraz przy skurczach moge zaczac przec. To bylo najtrudniejsze, bo skurcze zlewaly sie ze soba (musialam sprawdzac na KTG kiedy sie kolejny zaczyna), a znieczulenie juz wlasciwie nie dzialalo i strasznie bolalo ale staralam sie sluchac co mi mowia i przec dlugo i mocno conajmniej 3 razy na skurcz. Za kazdym razem dziecko przesuwalo sie nizej w kanale rodnym, polozna byla zadowolona z postepu, a mi wydawalo sie ze zaraz juz nie dam rady i ze nigdy go nie urodze..

    Lekarka wrocila zeby sprawdzic jak nam idzie, powiedziala, ze dziecko sie dobrze przesuwa ale nadal jest obrucone.. zamontowoano mi nogi na "samolocie" i ku mojemu przerazeniu poprosila o przygotowanie przyssawki.. znieczulila tez krocze i miala juz w reku nozyczki, zeby naciac w razie gdyby trzeba bylo uzyc przyssawki. Ten widok bardzo mnie zmobilizowal (i zacheta poloznej i meza do parcia) i dalam z siebie wszystko, zeby przec jak najmocniej. Jak lekarka zobaczyla, ze idzie nam coraz lepiej.. wlozyla do srodka palce i pomogla malemu sie obrucic. Jeszcze kilka razy parlam i wyszla glowka. Jeden skurcz oddychalam bez parcia i maluszka cialko samo sie obkrecilo i przy kolejnym parciu caly byl na zewnatrz. Urodzil sie o 18.50.

    Moj maz mial stac przy mojej glowie ale ze byl wczesniej potrzebny w przytrzymywaniu nog to juz tam zostal i wszystko widzial.

    Polozna zabrala go pod lampke zeby sprawdzic czy wszystko ok i przyniosla go do mnie. Polozyla mi go na piersiach. Plakal w nieboglosy. Nic nie powiedzialam z wrazenia, bylam w szoku i sie na niego gapilam. Nie moglam uwierzyc, ze juz po wszystkim i ze to moj kochany synek.
    W miedzy czasie dostalam zastrzyk na urodzenie lozyska, a po tym lekarka mnie zszyla (lekko peklam). Troche duzo zaczelam krwawic ale udalo jej sie zatamowac.

    Pozniej juz wszystko szybko zlecialo, zabrali malego na wage (3760gram) i do ubrania - moj maz oczywiscie towarzyszyl poloznej przy wszystkich czynnosciach. A jeszcze zanim mi go zabrali (tulilam go jakies pol godzinki) maz nakarmil mnie tostami z dzemem i herbata (bylam strasznie glodna). Za chwile przyszla jakas inna polozna i zaprowadzila mnie pod prysznic (ledwo szlam) i pomogla sie ubrac. Jeszcze przed przeniesieniem na poprodowy oddzial inna polozna przystawila mi go do piersi (spod pachy), a on ku mojemu zdziwieniu od razu zalapal. I na wozku zawieziono nas na sale poporodowa. Gdzie zostalismy juz do wtorku (maz musial na noc jechac do domu).

    Moj kochany maz byl niezastapiany przez caly czas. Jeszcze w domu liczyl mi czas miedzy skurczami i pomagal we wszystkim, w szpitalu co chwile podawal mi wode, wycieral czolo, a jak przyszly parte skurcze mowil kiedy przec, kiedy wziac oddech i podtrzymywal mnie na duchu. Bez niego nie dalabym rady.
     
  10. reklama
  11. daissy_

    daissy_ Fanka BB :)

    No to kolej na mnie.
    W niedzielę rano 24.10 zaczęły mi się baardzo delikatne skurcze i trwały przez cały dzień, dodam że jeszcze pojechałam z mężem na mecz, na zakupy:) Myślałam, że skurcze są przepowiadające bo były słabiutkie i zupełnie nieregularne. W miarę upływu dnia zaczęły się coraz bardziej nasilać, częstotliwość nie wzrosła ale za to zaczęły boleć. I tak do 12 w nocy byłam w domu, w końcu mąż zadecydował: jedziemy na IP. Położenie dzidzi pośladkowe więc nie było na co czekać skoro czekało mnie CC, dopakowałam torby do szpitala i pojechaliśmy. A tam na IP baardzo niemiła pani położna po zbadaniu stwierdziła, że rozwarcie na opuszek i że skurcze są przepowiadające więc mam jechać do domu... W ogóle poczułam się tak jakbym wymyśliła sobie że mam skurcze i chciałam mieć szybko CC... No więc pojechaliśmy do domu za radę wspaniałej pani położnej. Skurcze cały czas trwały, przebrałam się w piżamę i położyłam do łóżka, zasnęłam na pół godzinki i potem jak się obudziłam to już nie było mowy o śnie, skurcze były coraz bardziej bolesne, ale wciąż nieregularne no i tak się męczyłam z nimi do samego rana. O 8 rano mąż pojechał do pracy bo cały czas żyliśmy w przeświadczeniu że to te przepowiadające. Ok. 11 skurcze były co 6min i bolały jak cholera, zadzwoniłam po męża żeby wracał i szyko na IP. Tam od razu na kozetkę, bada mnie położna (inna niż w nocy) i stwierdza 8cm rozwarcia!! Szybki telefon po lekarza, zadaje mi milion pytań a ja w natłoku wrażeń zapomniałam ile mam lat jak mnie pytała:) i musiałam zapytać męża hehe. Nagle zbiegło się pełno osób, leże odpowiadam na pytania, pielęgniarki zakładają wenflon, lekarz bada. Potem w mgniuniu oka pakują mnie do windy, jedziemy na sale operacyjną, po drodze golenie, zakładanie cewnika i jestem gotowa. Wszystko to trwało może 10 minut. Dostaję znieczulenie w kręgosłup, zupełnie tego nie czułam a tak się bałam. Po chwili czuję mrowienie i nagle skurcze cudownie mijają, uff jaka ulga.Podczas cięcia lekarze rozmawiają o wakacjach w Maroko :o Bardzo nieprzyjemne było uczucie wyciągania maluszka, myślałam, że wyrywają mi wszystkie flaki z brzucha ale jak już go wydostali to super ulga. Z daleka pokazali mi małego mieszkańca mojego brzuszka który krzyczał wniebogłosy. Podczas gdy mnie szyli słyszałam z daleka jego płacz. Po wszystkim zawieźli mnie na pooperacyjną, w drodze towarzyszył nam małż który tylko powtarzał że mały jest śliczny:) Tego co spotkało mnie później, choroba synka nie chcę opisywać, ale tego co my z mężem przeżyliśmy nie życzę nikomu. Byłam jak cień człowieka, kilka dni bez snu, jedzenia... ogromny strach. Uświadomiło nam to ogromnie jak bardzo kochamy tę małą istotkę i jak bardzo możemy na siebie liczyć. Te z Was które wyszły ze szpitala "od razu" nie wiedzą nawet jak ogromne mają szczęście. Dla nas dzień w którym okazało się, że maluszek jest już zdrowy był najszczęśliwszy w naszym życiu, płakaliśmy oboje.
     
  12. Eirema

    Eirema Gość

    Jak wiecie 5.11 o 6 rano miałam mieć wywoływany poród.
    Od 2.11 leżałam na patologii ciąży, robili mi badania i takie tam….
    4.11 wieczorem bolą mnie krzyże i brzuch dołem. Nic nie podejrzewam. Idę do pielęgniarek po kieliszek „nalewki” na lepszy sen i śpię od 21 do 2 w nocy. O 2 budzę się do toalety i czuję się jak młody Bóg, pełno energii. Czuję lekkie pobolewanie w podbrzuszu i bóle z krzyża. Do toalety wracam jeszcze 5 razy, myślę że to nerwy. Wkładam słuchawki do uszu i słucham radia. Relaks niesamowity.
    5 rano czuje coś mokrego między nogami. Idę do toalety, na wkładce krew i prawdopodobnie wody. Postanowiłam wziąć prysznic przed porodem. O 6 jestem gotowa, jednak przychodzą po mnie o 7. Mąż również przyjechał. O 7 na porodówkę, 100 pytań do.....papierologia, odpowiadam grzecznie. Mówię o plamieniu, położna mówi że kończy zmianę i przejmie mnie jej koleżanka. Pytają o wypróżnienie, mówię że byłam 6 razy ale że chcę lewatywę. Więc siup do zabiegówki i lewatywka. No cóż, samo wprowadzenie ok., ale potem 40 minut umierałam, myślałam tylko o tym że teraz przy lewatywie nie mogę wytrzymać bo tak brzuch bolał, a co dopiero przy porodzie. Po lewatywie idę na salę porodową, przychodzi nowa położna, już widzę że złota kobieta, siup na fotel, badanko a tam 3 cm rozwarcia. Proponują salę do porodów rodzinnych, jednak ze względu na wiek ciąży (37 tydzień), cukrzycę ciążową, cholestazę i anemię wolą mnie mieć w boksie obok swojej dyżurki. Ja też czuję się tam bezpieczniej. Mąż jeszcze rozmawia z lekarzem, wszystko jest i będzie ok.
    8:00 podłączają oksytocynę, przez 40 minut leżę pod KTG.Zero skurczy. 8:40 każą wstać i jak najwięcej chodzić. Wstaję więc, i cały czas jestem pod KTG bo było bezprzewodowe, i chodzę tam i spowrotem. Na monitorze skurcze 2% a mnie boli już konkretnie. I tak chodziłam do 10:00. Skurcze mocne co 5 minut trwające 45 sekund. Mąż mówi że idzie zjeść naleśniki z owocami. Mówię idź kochanie, musisz mieć dużo siły. Jak tylko mąż wychodzi, wchodzi lekarz i oznajmia „puszczamy wody”. Kazali mi wypiąć miednicę w górę, rezydentka próbuje przebić pęcherz z wodami płodowymi. Jeden raz – nic, drugi raz – nic i tak do 6 razy. Potem widzę że wyciągają nożyczki do przebicia wód, oj nie fajny widok, miały z 45 cm długości, pyk i już wody odeszły, słyszę słowa lekarza „nieładnie, wody zielone” myślę F*CK przecież to 37 tydzień jak wody zielone? Po przebiciu pęcherza jazda bez trzymanki. Skurcze co 3 minuty z kręgosłupa, pomiędzy skurczami ból krzyżowy nie odpuszcza, więc nie odpoczywam w ogóle. Mąż wraca z naleśników, podobno pyszne były, ja już jęczę. 10:30 zaczynam płakać, ból nie do zniesienia, lekarz bada jest 5 cm rozwarcia. Dodatkowo masaż szyjki bo „nie gotowa”- ból nie do opisania, płaczę, błagam żeby przestał. Dostaję 2 czopki na szyjkę. Jest 10:45 skurcze co 2 minuty, po każdym skurczu kręci mi się w głowie, słabnę coraz bardziej. O 11 decyzja- idziemy pod prysznic. Pod prysznicem mam siedzieć godzinę z mocno rozchylonymi nogami, żeby główka lepiej schodziła. Mąż trzyma słuchawkę bo ja nie jestem w stanie.

    11:20 płaczę już cały czas, wzywam Pana Boga i Jezusa, mówię do męża że nie dam rady, nie urodzę. Dostaję coś do dożylnie na skurczu, podobno na szyję. Położna oznajmia: wyjdzie pani z pod prysznica to rodzimy. Więc ja pełna mobilizacja, myślę jeszcze chwilka i zobaczę moje maleństwo.

    11:45 mąż biegnie po położną, bo zaczynam omdlewać, słabo mi, ból rozdziera mi kręgosłup. Dochodzę do łóżka, na KTG wciąż widzę skurcze 2%. Położna mówi że pewnie rodzimy. Sprawdza rozwarcie…..5 cm……ja załamka przez godzinę nic nie przybyło. Położna (złota kobieta) przynosi piłkę, siadam, kołyszę biodrami, położna z mężem masują plecy, nic nie pomaga, jestem już w takim stanie że nic do mnie nie dociera.
    Położna proponuje zzo. Odmawiam. Nie chcę. Miałam być dzielna, miałam nie krzyczeć. Miałam nie brać zzo.

    Jest 11:55 już jęczę z bólu, skurcz za skurczem, rozwarcie nadal 5 cm. Przychodzi lekarz i oznajmia: To on i położna podejmują decyzję o zzo, według nich nie urodzę bez. Mąż się zgadza, mi już wszystko jedno. Dzwonią po badania, każą wypełniać ankietę do znieczulenia, mąż pyta w którym roku złamałam rękę (ekhm……pierwszy i jedyny raz dostał mu się ryk w tym miejscu).

    12:20 przychodzi anestezjolog, gadka szmatka, wprowadza mnie w szczegóły zzo, i mówi że wkłuje się pomiędzy jednym a drugim skurczem. Nie mam prawa się ruszyć. Trzyma mnie 5 osób, w trakcie wkłuwania miałam 4 skurcze, anestezjolog odchodząc powiedziała że bardzo mi współczuje.

    12:45 przestaje czuć cokolwiek, wstaję, żartuję z mężem, robię przysiady. Dokładnie 10 minut po podaniu zzo mam 8 cm rozwarcia a 15 minut po podaniu już 10 cm. O godzinie 13:00 położna mówi że jest 10 cm ale żebym powstrzymywała parcie, bo główka wysoko. Ja nic nie czuję więc nie mam co powstrzymywać. Po godzinie zzo ma przestać działać. Więc chodzę, żartuję z mężem i położną. Kręcę pupką żeby główka zeszła.

    13:45 położna mówi że to jeszcze potrwa, więc mąż idzie na pierogi.

    O 14:00 wchodzi lekarz i oznajmia że rodzimy, bo on o 15 kończy zmianę. Rach ciach i łóżko rozłożone, wchodzę, lekarz pokazuje jak mam przeć. Wciągnąć ustami powietrze, zatrzymać w sobie i pchać w brzuch. Oczy otwarte, głowa do piersi. Pierwsze 6 partych mi nie wychodzi, wypuszczam powietrze. Zzo nie działa, ale to już nie taki straszny ból. Kolejne 6 partych, główka schodzi coraz niżej, czuję ją. Wchodzi mąż i staje zdębiały. Na co lekarz mówi że właśnie na niego czekamy. Wołają neonatologów, pediatrów, czuję że to już końcówka. Prę raz za razem, widzę jak położna chroni krocze. Lekarz przed skurczem masuje brzuch żeby party był intensywniejszy. Czuję już główkę, mąż się nachyla i mówi „kochanie już jest główka”. Czuję wyrzut adrenaliny. Lekarz mówi że na tym partym rodzimy. Przychodzi skurcz. Położna nacina krocze, nic nie czuję, lekarz naciska łokciem na brzuch, mąż dociska moją głowę do klatki piersiowej, a pielęgniarki trzymają moje nogi ( nie wspominając że 5 studentów się gapi). Czuję dziwne uczucie jakby mi rozcięli miednicę, potem czuję jak wypływa ze mnie coś ciepłego, widzę fontannę krwi i wód, słyszę męża kochanie już jest!
    Leoś urodził się o 14:25
    Zaczynam płakać, otwieram oczy widzę przed sobą jajeczka mojego synka, lekarz mówi widzi pani, ma pani syna. Mały nie płacze. Pępowina grubości kiełbasy, położna musi przeciąć. Kładą mi go na piersiach, jest taki siny i ciepły. Odwraca główkę w moją stronę, widzę jego wielkie oczy i słyszę najpiękniejszy dźwięk w moim życiu: mały zaczął płakać. Ja płaczę już na maksa, mówię do synka że tak długo na niego czekałam, że go kocham.
    Parłam 25 minut łącznie 27 partych…..
    Dochodzą mnie strzępy słów: 2 razy owinięty pępowiną, szedł z rączką przy główce…..
    Później rodzenie łożyska, jak dla mnie pikuś, i potem szycie. Jest 14:35 lekarz mnie zszywa a ja dzwonię do mojej mamy. I oczywiście pouczyłam lekarza że moja teściowa jest krawcową i ona sobie sprawdzi jak on to zszył....
    Lekarz zakłada 1 szew….jak dla mnie bajka...już go nie ma.
    Leoś dostał 8 pkt. Odjęli mu za kolor skóry i napięcie mięśni. 2 godziny po porodzie już wstałam, poszłam siku i się wykąpałam.
    Faza I porodu 6 godzin, faza II 25 minut.

    Teraz już nie pamiętam bólu, mam moje szczęście kochane i nic się nie liczy, ale wiem że gdyby nie położna i lekarz mój poród trwałby o wiele dłużej i miałabym o wiele więcej szwów.


    Jednak przekonałam się, że oksytocyna podana na wywołanie porodu to rzeźnia, i nie życzę nikomu takiego bólu jaki ja miałam. W 37 tygodniu macica i szyjka są po prostu nie gotowe na poród.
    Dziś jest 10 dni po porodzie, właśnie nas wypuścili ze szpitala, a ja nie czuje że rodziłam.


    Jest cudownie!!!
     
    Ostatnio edytowane przez moderatora: 16 Listopad 2010

Poleć forum