K
kerry1
Gość
nie, rodzilam w tym samym, co poprzednio. a skad taki wniosek? :-)
Wywnioskowałam bo twoje dwa porody takie różne i inne.
Obejrzyj wideo poniżej, aby zobaczyć, jak zainstalować naszą stronę internetową jako aplikację internetową na ekranie domowym.
Notka: Funkcja ta może nie być dostępna w niektórych przeglądarkach.
nie, rodzilam w tym samym, co poprzednio. a skad taki wniosek? :-)
.
. A tu skurcze juz co 3min i juz niezle bolalo, wiec dzwonie do szpitala imowia,ze moge przyjezdzac. Tarmosze wiec P i mowie, ze to juz na pewno, budze tez swoja mame, ktora na poczatku nie chciala jechac, mowila, ze zemdleje, ale ostatecznie byla do konca i bardzo mi pomagala.
:-), ale zadnego stalego wplywu nie ma, ani na rodzaca, ani na dziecko.
, no to dawaj dzwonimy po teścia, gdyż sprzedaliśmy samochód a nowego jeszcze nie zdążyliśmy kupić...teściu z drugiej strony miasta pędził 170 km/h...do szpitala też chciał pędzić, ale ja siedząc w aucie mówię spokojnie jeszcze mamy czas, zdążymy...spokojna byłam niesamowicie i mój R też, przez te wcześniejsze fałszywe alarmy chyba go trochę uodporniłam 

. W szpitalu byliśmy koło 10:00, z godziną 10:10 zostałam przyjęta do szpitala (Madalińskiego)- ponoć ostatnie miejsce
. Na izbie przyjęć rozwarcie na 3 palce...po załatwieniu wszytskich biurokracyjnych spraw, złożeniu podpisów już nawet nie wiem pod czym, ponieważ mój stan nie pozwalał mi na logiczne myślenie...zaczęłam myśleć już o tym, by się wszystko skończyło (zabawne najpierw chcemy, by się zaczęło, a jak już się zacznie chcemy by się skończyło
)...mogłam podpisać nawet pakt z diabłem i nawet bym o tym nie wiedziała...położna z izby pyta czy chcę wózek, ja na to, że nie, że idę o własnych siłach...co chwila oczywiście przystając, ale dałam radę...na porodówce pani pyta czy chcemy osobną salę, jednak się zdecydowaliśmy i żeczywiście było warto, koszt 400 zł, spokój, cisza, mąż przy mnie, radyjko co tylko chcemy na co mamy ochotę...położyłam się na łóżko z rozwarciem już 5 cm
, ale bóle zaczęły się nasilać...chociaż może nie, ale wydłużać, więc przerw między nimi praktycznie nie było. Twardo trzymałam się, by rodzić bez znieczulenia, ale jak zaczęło mnie rwać na raz z kręgosłupa i z macicy to poprosiłam o zzo...przyszedł baaaaaaardzo miły i konkretny anestezjolog i nagle ulga...słyszałam tylko jak mój R syknął, gdy zobaczył jaką igłę wkłada mi w kręgosłup. Pierwsza dawka znieczulenia o godz. 11:00, no i zaczęła się jazda...bólu nie cuzłam, było fajnie, ale niestety szyjka zwolniła tępo rozwierania, co wydłużało moje cierpienia i co dwie godziny brałam znieczulenie, o 19:00 miałam podaną ostatnią dawkę znieczulenia- piatą...koło 17:00 dali mi oksytocynę podwójna dawkę, by cos się ruszyło, i ruszyło, ale ból był nie do opisania, łzy, błaganie, żeby się to skończyło, mój R miał łzy w oczach, bo nie wiedział jak mi pomóc, pęcherz nie pękł sam, więc o 16:00 miałam przebijany...oboje mysleliśmy że poród to chwila i już, w naszym przypadku było jednak mnie przyjemnie
. Godzina 18:00 super 10 cm rozwarcia- cudownie, no to teraz trzeba przeć, ale ale...nie tak prosto, brak bóli partych. Okazało się, że przez oksytocynę (tak przypuszczam, bo Mała wtedy zaczęła się strasznie przekręcać) Niunia wyszła z kanału rodnego i za żadne skarby nie chciała wejść z powrotem. Przed 21:00 puściło znieczulenie...czułam ciągły ból nasilony oksytocyną...czekamy na decyzje lekarza, czy moge dostać kolejna dawkę...przyszła Pani doktor, sprawdza, no tak rozwarcie jest, ale główka wysoko poza kanałem...i tu padło pytanie: "podpisuje Pani zgodę na cesarkę?"...a moja odpowiedź, jak przez cały poród nie przeklnęłam tak teraz: "k***a podpiszę wszystko"...no i czekanie na salę operacyjną przez 30 minut bez znieczulenia, modląc się, by już zaczęli mnie ciąć. Jak już leżałam na stole znieczulona, nie czując dolnej partii mojego ciała, szczęśliwa, że zaraz zobaczę Naszą Kochaną Córeczkę patrzyłam w lampy na górze i obserwowałam całą operację, patrzyłam na moje wnętrzności 
...o godzinie 21:56 Amelia była już na świecie, dostała 10 pkt, ważyła 3300, a długa była na 54 cm, jest piekną dziewczynką i bardzo ją kochamy...gdy mnie zszywali dziecko dali mężowi, gdy ją zobaczył popłakał się ze szczęścia i powiedział tylko: "dziecko mi oddaliście, a żonę?". Po całym porodzie powiedział, że było to najbardziej traumatyczne przeżycie jakiego doznał dotychczas w swoim życiu. Ale był przy mnie, cały czas...był mi potrzebny, bez niego nie dałabym rady, nie wytrzymałabym psychicznie...teraz jesteśmy już wszystcy razem i jesteśmy szczęśliwi :-)
. Tatus jest zakochanyw Amelii, a i mi okazuje więcej czułości, pewie dlatego, że widział ile wycierpiałam, by móc wydać na świat Nasz Najwiekszy Skarb. Amelia śpi z nami w łóżeczku na klacie R. Jestem baaaardzo szczęśliwa. Ten ból był okropny, bo tak naprawdę przeżyłam 2 porody w jednym i teraz po dwóch dochodzę do siebie. WARTO BYŁO!!!4 dni??I teraz moja kolej, bo zapomnę!
Przenieśli mnie na patologię ciąży, tam przeleżałam ze skurczami kolejne 4 dni. Miałam cc planowane, chcieli dziecko przytrzymać jak najdłużej w brzuchu, bo to był dopiero 37 tc. Koszmarnie wspominam te dni na patologii, skurcze mnie łapały i puszczały, a rozwarcia brak.
!

to jakis koszmar, bidulko! ale bylas dzielna!
Tam zauważyłam na papierku pierwsze smużki krwi, więc zadowolona mówię do męża, że w końcu zaczyna się coś dziać, że może na dniach w końcu urodzę
. To była godzina 16:45 i nagle poczułam pierwszy pożądny skurcz, za pięć minut kolejny tak samo mocny i znów pognało mnie do toalety. Teraz zobaczyłam już więcej krwi na papierze, więc wracam do męża i mówię, że chyba to jednak już... więc trzeba zawieźć Oliwkę moim dziadkom, bo coś szybko się to rozwija, a tu trzeba jechać 50 km w obie strony, a skurcze ciągle co 5 min jak nie częściej i coraz silniejsze. Szybko spakowałam kilka ubranek dla córci i pojechali. Wzięłam prysznic co było dla mnie bardzo trudne, bo skurcze miałam bardzo często, podczas których klękałam z bólu w wannie. O godzinie 18:10 dzwonię go męża żeby się pospieszył, bo mam skurcze co 2-3 minuty i czuję duży nacisk ku dołowi. Powiedział, że za 7 min już jest. Ja z bólu walę ręką w co się da i szukam wygodnej pozycji i krzyczę do dzidzi żeby jeszcze nie wychodziła, żeby poczekała kilka minut. Wpada mąż, a ja siedzę na sedesie i się zastanawiam co robić, czy ja już rodzę, czy mi się chce kupę i syczę z bólu. On z przerażeniem: to cię aż tak boli? Wstaję i jedzimy do szpitala - a jest godzina 18:20. Do szpitala mamy niecałe 5 min drogi samochodem, a skurczy miałam dosłownie 4 podczas tej drogi. Wpadamy na izbę przyjęć i jęczę, że ja już rodzę, bo mam parcie jak na kupę... więc przybiega lekarka, zbadała tylko, czy serduszko bije i nawet nie zbadała rozwarcia, bo sama stwierdziła że to juuuuż. Wiozą mnie wózkiem, na porodówkę bo już nie daję rady sama nawet stać. Potem siup na łóżko porodowe, tam stwierdzenie po zbadaniu: no tak, tu tylko pęcherz płodowy zagradza drogę więc już przemy!!! To ja już czuję się pewnie więc jekkie parcie i poleciały wody, a potem 3 skurcze parte i o godzinie 18:45 dzidziulek przyszedł na świat. Michałek dostał 10 pkt w skali Apgar, ważył 3180 i miał 50 cm.
:-)
. Dobrze, że zdążyliście do szpitala. Ja mam jakieś 10 minut drogi. Ciekawe, czy zdążę.