Dziękuję...
Wojtuś urodził się i odszedł w szpitalu na Pomorzanach.
W piątek pojechalismy do niego pełni wiary, ze się poprawi, chociaż ostatnio było cieżko. Wcześniej profesor powiedział nam, ze maluchy wszystko rozumieją i wyczuwają. Miał rację. We wtorek powiedziałam Wojtusiowi, ze jak się nie poprawi, to bracia nie przyjadą. i poprawił się na cały dzień. Ale piątek miał ciezki. Jak tylko weszłam na sale widziałam, ze coś nie tak. Tętno 60, saturacja 30. Włożyłam rękę do inkubatora, otworzył oczka, złapał mnie za palec. Pogłaskałam go po główce i tętno 111. Ucieszyłam się. Położna zaproponowała kangurowanie, szybko się przygotowałam. Jeszcze mysl, ze najpierw musze ściągnać mleko, może zaczna go karmić, ale tak się spieszyły, ze usiadłam i przytuliłam szkraba. Tętno spadło do 60 i nie chciało sie podnieść. Położna powiedziała, ze zaraz przyjdzie do nas lekarz. I już się domyśliłam. Tuliłam Wojtusia cały czas, tatuś trzymał go za rączkę i głaskał. Obiecałam, ze go nigdy nie zostawię...A on czekał na nas dzielnie, po to by się pożegnać. Nie chciałam, aby był w tym momencie sam. I nie był. Odszedł wtulony w mamę, głaskany przez tatę. Zawsze będzie naszym Aniołkiem...Chociaż nie tak miało być...