Marzenko, nie martw sie na zapas i nie przejmuj. Ja jestem w podobnej sytuacji, bo mieszkamy z mężem z dala od rodziny i nie mam tu kompletnie nikogo z rodziny do pomocy. Mam co prawda koleżanki, ale z rodziny - zero! I też jakoś będę musiała sobie poradzić. Ja to nawet nie wiem, gdzie tu jest szpital połozniczy!! Chyba się muszę w końcu zacząć orientować... Co do urlopu męża zaraz po porodzie, to jeszcze macie dużo czasu. Nie martw się tym teraz, bo sama zobaczysz, że wszystko będzie dobrze... Albo urodzisz tak, że nie będzie problemu w ogóle, albo jakoś to zorganizujecie. Pewnie jak Twój mężuś zobaczy Maleństwo, to sam się zbuntuje i do pracy nie pójdzie, choćby go matka błagała czy biła. Jakoś to załatwicie - nie martw się. Poza tym myślę, że jak teściowa zobazcy Maleństwo i Ciebie, że potrzebujesz pomocy, to też zmięknie. Zobaczysz - będzie dobrze...
A co do depresji przed - myślę, że to nie depresja, tylko po prostu gorszy okres. Też tak mam. Jak pokłóciłam się z mężem w piątek, to myślałam, że mnie rozerwie!! A w sumie nic takiego sie nie działo. Ale ja czułam sie bardzo nieszczęśliwa i pokrzywdzona i nawet sie zastanawiałam, czy nie spakować torby i nie pojechać do rodziców, żeby mu pokazać. A za 15 minut już się całowaliśmy i było wszystko dobrze. Czasem tak bywa...
A co do "rosnących" części ciała - ja się teraz już z tego tylko śmieję, bo na początku, jak prawie nic nie było widać, to się złoiściłam na męża, jak mi mówił, że wcale nie widać, że jestem w ciąży (jak to nie widać?!?), a teraz czasem się złoszczę, jak mówi do mnie "brzuszku" albo "grubasko". Ale wiem, że mówi to pieszczotliwie. A poza tym taka już uroda ciężarnych, że raczej nie chudną

Myśl o dodatkowych kilogramach i centymetrach z sentymentem - jeszcze kiedyś będziesz sobie z drżeniem serca wspominać, jak to było...
