Obejrzyj wideo poniżej, aby zobaczyć, jak zainstalować naszą stronę internetową jako aplikację internetową na ekranie domowym.
Notka: Funkcja ta może nie być dostępna w niektórych przeglądarkach.
Przypominam, że dalej nasza forumowa mama potrzebuje Twojej pomocy 💖 Jeśli możesz wpłacić nawet drobną kwotę, to prosimy zrób to Kliknij
Już wiem skąd się wziął nick 


Trochę mnie "podgolili", zrobili lewatywę, ja załatwiłam sprawę i dopiero na porodówkę. Sala porodowa bardzo ok - niby nie pojedynka, ale między poszczególnymi łóżkami były normalne ściany, tworząc dość duże pokoiki, prócz łóżka miałam piłki i worek sako, a na całej szerokości pokoju były przesuwne dzrwi. Więc tak naprawdę pełna intymność. Położna zbadała mnie i powiedziała że rozwarcie jest już na 5 cm, podłączyła mnie do KTG i na razie kazała leżeć. Skurcze zaczęły się nasilać i niedługo były już co 8-7 minut. Podłączyli mnie pod kroplówkę w celu nawodnienia, i po 1,5 godziny pozwolili wstać i pochodzić. Byłam siusiu, posiedziałam i poskakałam na piłce, a skurcze były coraz mocniejsze i dłuższe - i wcale nie za przyjemne. Mój Mąż chciał żeby wziąć znieczulenie, ale uparłam się że wytrzymam. W końcu znowu kazali się położyć, w skurczu przebili mi pęcherz płodowy, a skurcze wprawdze osłabły (tzn. były krótsze) ale bardzo częste - z 7 minut od razu na 3 a po chwili co 1 minutę, rozwarcie w ciągu tych 2 godzin weszło na 8 cm, a potem dosłownie w minutę na 10 i zaczęły się parte bóle. Miałam ochotę dać sobie samej w pysk za upór w sprawie znieczulenia, ale pocieszyłam się, że skoro już są parte, to ok, zaraz koniec będzie. No i faktycznie - druga faza trwała 15 minut (przy Weronice 50!), nie wiem ile tych partych było, bo kazali mi przeć non stop. Przy okazji, co do kupy - troszkę może i poszło, ale dzięki lewatywie, to w ilościach śladowych, dlatego polecam ten zabieg. Magda urodziła się niecałe 3,5 godziny od przyjęcia do szpitala. Okazała się duża, do tego raz okręcona pępowiną, krocze musieli chlasnąć, bo inaczej groziło rozerwanie. Wyciągnęli ją, odkręcili (mój Mąż mało nie umarł na zawał, bo powiedział że to wyglądało jakby im się dziecko z rąk wyślizgiwało, a oni ją z tej pępowiny tak odkręcali), dali mu do przecięcia pępowinę i rzucili Magdę na brzuch. Ja to się czułam po tym jak po maratonie - tchu złapać nie mogłam. Potem Magdę zabrali na obmycie i badanie, Tomek poleciał za Nią cykać fotki a ja rodziłam łożysko. Wyszło, ale niestety okazało się że nie całe i musieli mnie wyłyżeczkować. Ponieważ nie miałam znieczulenia, to mnie uśpili na te parę minut - czułam się jak naćpana - niby wszystko słyszałam, a odlot był na maksa. I szczerze mówiąc wcale mi się ten stan nie podobał - nie lubię jak mi oczy uciekają w tył głowy.
Pod koniec szycia już byłam bardziej przytomna i trochę mnie bolało, ale pani doktor powiedziała że nie ma sensu na 1 szew robić specjalnie znieczulenia. Wytrzymałam jakoś, Magda darła się na cały oddział, Tomek jak szalony dzwonił po wszystkich z dumą informując że "to jego tak się drze". Potem mi ją przynieśli na pierwsze ssanie. Zabrali ją już na oddział po jakiejś godzinie, jak się sobie przyjrzałyśmy i popróbowałyśmy się karmić. Ja niestety dotarłam na oddział - przewieziona na wyrku - dopiero po 4 godzinach od porodu, bo po łyżeczkowaniu tak trzeba. Chlustało ze mnie po prostu fontannami - przekręcić się nie mogłam. Potem kazali mi jeszcze leżeć 2 godziny, ale ponieważ byłam cała spocona, śmierdząca i wybazgrana krwią, to wytrzymałam godzinę i poszłam się wykąpać i wysikać. Jak wróciłam to akurat Magdę przywieźli na salę. No i to tyle przeżyć. Tyłek boli, ale siedzieć daję radę jak się dobrze usadzę. Zdjęcie szwów za dwa dni.