No i czas na mój opis, czyli :
Jak to z naszą Pysią było :-)
W środę 14.02 miałam przyjść do szpitala na ktg, mąż zawiózł mnie około 11.30 ale okazało się, że jest spora kolejka. Poszłam sobie do rodziców i wróciłam po godzinie, kolejka wciąż była… jedna dziewczyna wyszła, druga weszła, cały czas słychać było tętno któregoś maluszka, maszyna chodziła na okrągło.
W pewnym momencie na korytarzu zrobiło się zamieszanie i wszyscy lekarze pobiegli do pomieszczenia gdzie odbywało się badanie… jakiemuś dziecku spadło tętno… czekam jeden kwadrans, drugi, pytam położnej czy jest sens czekać, czy przyjechać następnego dnia. Lekarze podejmują decyzję – tamta dziewczyna jedzie natychmiast na salę operacyjną. Położna woła mnie na ktg.
Leżę. Puk puk, puk puk – serce Kropeczki wali jak oszalałe. Tętno cały czas około 170. Za wysokie, za wąski zapis… proszę pojechać po rzeczy i wrócić na oddział, musimy sprawdzić co się dzieje – słyszę od lekarza. No pięknie, no to mamy Walentynki, martwię się o Małą, czemu jej u mnie źle, co się dzieje…
16.00 – wracam na oddział, przyjmuje mnie położna ze Szkoły Rodzenia, czuję się pewniej zawsze to ktoś znajomy. Zbiera wywiad, przychodzi lekarz, idziemy do zabiegowego.
USG – wszystko wygląda ok., wody w porządku, przepływy też, dziecko waży 3700 g.
Badanie – lekarz chce zrobić amnioskopię, nie jestem pewna ale to chyba badanie wód płodowych, czy są czyste. Próbuje, siłuje się, ja prawie wyję z bólu, patrzę błagalnie na położną, mówi, że mam oddychać to będzie lepiej. No to oddycham. Lekarz zużył dwa amnioskopy i nie zrobił w końcu badania, szyjka za bardzo z tyłu… próbuje prostować – łzy płyną po policzkach, Renata (położna) trzyma mnie za rękę. Lekarz daje za wygraną, szyjka krwawi. Idę na resztę badań, morfologia, mocz, mam nic nie jeść ani nie pić. Kazali zrobić rezerwę krwi – widmo cesarki staje się coraz bardziej realne.
17.30– leżę na sali, podłączyli ktg, idzie zapis, wszystko w porządku, lekarz przychodzi, uśmiecha się życzy smacznej kolacji, uffff. Jem kolację, położna schodzi z dyżuru, macha mi na pożegnanie. Przychodzi nocna zmiana.
19.15- pierwszy skurcz, na salę wchodzi moja kuzynka, jest położną i akurat ma dyżur. Fajnie, znów ktoś znajomy, nie jest przynajmniej tak strasznie smutno. Do 20.15 skurcze są co 5 minut, ale prawie nie bolą. Nic nie mówię, ale leżę z zegarkiem w ręku. Następna godzina skurcze mocniejsze ale już różnie, co 5, 7, 10 minut… mówię kuzynce- może akurat…
łażę po korytarzu, czytam wszystkie gazetki.
22.00 – idę pod prysznic, niech sie skurcze zastanowią, rozkręcają się czy nie…
Baśka (kuzynka) pyta czy dam radę spać, chyba nie bardzo… dalej chodzę…
23.00 – Bacha woła mnie do gabinetu, połozna bada rozwarcie, 3,5 cm – przyszłam z dwoma, znaczy ruszyła machina…. Proszę o lewatywę, jeśli po niej nie przejdzie idziemy rodzić. Prysznic, skurcze są dość silne i chyba coraz częściej… wracam do położnych, siedzimy, gadamy, sprawdzają co ile mam skurcze – co 3 minuty już…
24.00 – Basia odprowadza mnie na salę porodową, dzwonię do Tadka, szukaj kogoś do Izki i przyjeżdżaj, zaczęło się…
na porodówce podpinają mnie pod ktg, zaczynam mieć dość tego sprzętu… skurcze co 2 minuty. W pewnym momencie mam wrażenie, że Mała zrobiła salto i czuję ciepło i mokro…
mówię do położnej, że raczej mnie już nie minie. Rzeczywiście odeszły wody. Badanie – 4 cm… tętno Kropki zaczyna świrować, znowu to samo, wąski zapis, nie mogą mnie odpiąć…
przychodzi Tadek, jest tuż przed pierwszą, nie wiem za kwadrans, może za dziesięć. Badanie – 6 cm. Tadek co chwilę podaje mi wodę. Ściskam go za rękę i zastanawiam się czy zaraz mu jej nie złamię...Zapis się poprawia, jeszcze chwilkę i odłączą tą piekielną maszynę… po 10 minutach badanie – 8 cm, odłączają ktg, mogę zejść z łóżka. W końcu!!!
Siadam na piłkę uffff jaka ulga, skurcze często niesamowicie, położna mówi że nawet nie mam kiedy odpocząć… no jakbym nie wiedziała… czuje, że Mała się już pcha wdrapuję się na łóżko, badanie – 9 cm… jeszcze chwilkę, jeszcze nie mogę przeć… w końcu słyszę: „dobra, jak przyjdzie skurcz to przyj”, no to prę… „duża główka i jak szybko idzie, nie damy rany ochronić krocza, zrobię tylko małe nacięcie” – jest mi wszystko jedno, niech tylko Kropcia się już urodzi… prę znowu i znowu i ….
01.35 – JEEEEEEEST!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Pokazują mi, że córcia… ląduje na moim brzuchu… mała śliczna Pysia… przestaje krzyczeć… chyba jest jej u mnie dobrze, po chwili idzie z tatusiem na ważenie i mierzenie, a ja rodzę łożysko. Kluska waży 4015 g, ma 52 cm, duża dziewczynka, zdrowa jak rydz! – dochodzi do mnie zza parawanu. Położna ma troche gorsze wieści- łożysko nie odeszło całe, dzwonią po lekarza, trzeba łyżeczkować… no trudno. Po chwili gryzłam ręce z bólu, ale na szczęście ordynator się sprężył i zrobił to szybko, położna mnie znieczuliła i zaczęła szyć… mam wrażenie, że znieczulenie nie działa, ale dostaję Pysię, mała zaczyna ssać, Tadek stoi obok, głaszcze mnie po głowie, mówi że dzielnie się spisałam…jeszcze tylko chwilka…
Koniec. Leżę sobie jeszcze 2 godziny, wpatrujemy się z Tadkiem w Malutką, jest taka podobna do Izki…
Koniec…. Nie to dopiero początek… początek nowego, wspaniałego życia – we czwórkę…