cześć. wiem że lepiej późno niż później, to może i ja się tu wpiszę. jestem Ania i mam 24 lat. nie wiem czy kogoś zainteresuje co studiowałam, kim bym chiała być, czy też co lubię najbardziej robić. jedno jest pewne...mimo wielu dołów i problemów, jestem w tym momencie najszczęśliwym człowiekiem na ziemi. mimo że nie ma dnia żeby mnie coś nie bolało, to okres kiedy jestem w ciąży uważam za najbardziej fajny, cudowny, śliczny w moim życiu. jestem mężatką od 22.07.2006r a o dzidka staraliśmy się od dawna. długo wyczekiwane i wytęsknione wreszcie się pojawiło. dzień w którym zrobiłam test ciążowy...jeju jak ja ryczałam ze szczęścia, serce waliło jak oszalałe, cała byłam roztrzęsiona...ale to był taki pozytywny stres. nawet moja praca przestała mi przeszkadzać /na słuchawkach, dzwonią straszni ludzie, proszę nie dzwońcie na infolinie i nie ochrzaniajcie biednych konsultantów...ONI SĄ NIEWINNI/potem były pewne problemy z ciążą ale jest już ok, zresztą któż ich nie ma. bałam się o moje dzieciątko każdego dnia, chyba bym nie przeżyła jakbym poroniła. i tak z dnia na dzień, raz lepiej, raz trochę gorzej dotrwałam dnia dzisiejszego...będę miała córeczkę, termin na 17.11, nazwiemy ją Lilia, po mojej mamie, a żeby było śmieszniej ja mam nazwisko po mężu takie jakie miała moja mama panieńskie, więc moja córcia o ile nie zechce być w ostatniej chwili synkiem/ będzie się nazywała jak moja mama. mama nie żyje od 5 lat, była bardzo chora, jak zmarła poznałam mojego męża. jak się dowiedziałam że ma tak na nazwisko to wiedziałam ze to od niej ostatni prezent. od tamtej pory zaczęło się moje nowe życie...jeju, chyba zaraz zacznę ryczeć...na razie.