reklama

Opisy naszych porodów

Temat na forum 'Dzieci urodzone w kwietniu 2009' rozpoczęty przez sylvii, 28 Marzec 2009.

  1. sylvii

    sylvii Fanka BB :)

    Skoro już mamy kwietniowe dzieciaczki to szczęśliwe i dzielne mamusie, może zechcą się podzielić opisem swojego porodu:happy2:
     
  2. sylvii

    sylvii Fanka BB :)

    Oto opis porodu kainkas - mam nadzieję, że nie jestś na mnie zła, że skopiowałam tu.;-)

     
  3. reklama
  4. Spaczyna

    Spaczyna Karolka mama Lolka Igorka

    :-) no to ja mogę być następna

    u mnie wyglądało to tak, w piątek 27.03 na rozmowach w toku zaczęły mi odchodzić wody, fakt dzień wcześniej przytulaliśmy się z moim P. ale myślałam, że to na mnie nie zadziała...
    Jak zobaczyłam sączące się wody zadzwoniłam do mojego gina, a potem po mojego P. ze pora już jechać, w szpitalu przyjęłi mnie, ale w sumie nie podejmowali żadnych działań, bo stwierdzili, ze zazwyczaj po odejściu wód akcja skurczowa się sama zaczyna, tak więc spokojnie przespałam noc (spokonkie.... za ścianą miałam porodówkę, a tej nocy dużo się działo), w nocy co pare godzin robili mi ktg, a na rannym badaniu stwierdzili, że trzeba działać, bo to za długo trwa od momentu odejścia wód, podano mi oksytocynę o 9 rano, skakałam na piłce, chodziłam, modliłam się o skurcze (bo jakbym ich nie doczekała to cc) i w końcu o 15 poczułam pierwsze delikatne - musiałam sie pytać jak one wyglądają, bo w ciąży nie poczułam żadnego, znieczulenia nie dostałam, bo stwierdzono, że moja marna akcja skurczowa w ogóle by się nie rozpoczęła... o 21 zaczęły się już dużo mocniejsze skurcze, za namową młodej praktykantki poszłam pod prysznic, który przyniósł mi ogromną ulgę, od tego momentu ona wraz z położną mnie nie opuszczały, mój P. bardzo mnie wspierał, masował plecy, oddychał razem ze mną, o 21:30 wylądowałam na różowym fotelu do rodzenia, obok mój P.- miał przypisane zadania, także nie stał jak kołek, tylko dopychał mi twarz do klatki i pilnował bym miała otwarte oczy, dookoła obecny był cały personel... akurat wtedy tylko ja rodziłam, no i chyba byli ciekawi czy faktycznie mój szkrab będzie taki duży (na usg dzień przed porodem wychodziło 4300, a to pierwsze dziecko). No i stało się, kilka uszczypnięć brzucha, trzy lub cztery skurcze i z pomocą świetnej położnej młody był na świecie, od razu położyli mi go na brzuch, był cudny :-) był i cały czas jest, potem wzięli go na ocenę ogólną i te wszystkie pielęgnacyjne zabiegi, po odśluzowaniu zaczął krzyczeć, ma tak niesamowicie mocny głos, że poznam go na końcu świata :tak: zważono go 4230 (usg dzień wcześniej niewiele się myliło), 60 cm długi, 10 pkt, a wszyscy na sali mówili że jes piękny i pytali jak duże będzie drugie dziecko, potem dostaliśmy go znowu na brzuch, mój P. był bardzo dzielny, widziałam na jego twarzy ogromne wzruszenie i dumę, że razem daliśmy radę. Potem mąż szykował ubranka i przenosił bety na salę poporodową, a ja byłam szyta, nawet mnie nie nacięli bardzo, a rana praktycznie w ogóle nie bolała (nie muszę siedzieć na kole, w ogóle młody dodaje mi tyle energii, że góry można przenosić) także zebrałam się do kupy bardzo szybko, a deprecha poporodowa czy baby blues mnie ominął szerokim łukiem :-).
    Rodziłam we wspaniałej atmosferze, personel super, rozweselali mnie i żartowali, także atmosfera była luźna, a ta jest bardzo ważna podczas tak niesamowitego wydarzenia. P. mówi że jakby go nie było to by nie wiedział co stracił, ale cieszy się że się zdecydował, bo to niesamowite wydarzenie w życiu każdego faceta jak rodzi mu się dzecko, a tym samym cementuje związek. Zapowiada obecność przy następnych porodach, nie wyobraża sobie że mogłoby być inaczej, i że miałabym rodzić bez niego. W sumie to po porodzie przyznał, że rodził razem ze mną, bo cały się spocił, parliśmy razem :)

    Wczoraj o godzinie 21:50 naszemu Karolkowi stuknął tydzień :-):tak: Oby dalej wszystko układało się tak fantastycznie.

    Dziewczyny, wszystkim życzę powodzenia.
     
    Ostatnia edycja: 5 Kwiecień 2009
  5. MaLea

    MaLea Fanka BB :)

    nie wiem czy mogę w tym wątku dodać komentarz, więc jakby co to z góry przepraszam :-)
    Spaczyna dziękuję, że się z nami podzieliłaś swoimi przeżyciami :tak: wzruszyłam się niesamowicie, popłakałam (wiem, wiem - mięczak ze mnie okropny :laugh2:)
    Jeszcze raz, z całego serca Wam gratuluję :-) obyście zawsze byli tacy szczęśliwi :-) a Ty Karolku rośnij zdrowo :-)
     
  6. kainkas

    kainkas Fanka BB :)

    oczywiście, że nie jestem zła:) dziękuję:biggrin2: i od razu przepraszam ze sama tu tego opisu nie zamieściłam, ale ni byłam świadoma istnienia tego wątku:eek: po prostu nie daje radę być na bieżąco z BB
     
  7. Madzia_Singh

    Madzia_Singh Kochana PYCHOTKA

    Dziewczyny super dzielne!!!!
    Mam nadzieje ze tez tak szybko trafi mi sie jak Spaczynie urodzic mała....Poki co popłakałam sie ze wzruszenia
     
  8. koga

    koga Mama Maksa i Julka

    to ja króciutko

    po poniedziałkowej wizycie odczuwałam skurcze w ciągu dnia, wieczorem zdrzemnęłam się i przeszły, ale jak o północy poszłam spać to znowu się rozkręciły i były bardzo silne ale co pół godziny, do trzciej je przeleżała przysypiając i licząc że przejdą, potem zadzwoniłam do mojej położnaj i ona kazała wziąć kąpiel, po kąpieli rozkręciły się na dobre i były co 10 min, zadzwoniliśmy po rodzoców i przed 6 wylądowaliśmy w szpitalu, rozwarcie 3 cm i skurcze, porodówka zapchana, byliśmy ostatnią przyjętą parą, czekaliśmy na naszą salę prawie do 9, ja już przebrana skurcze co 4, 5 min. tak silne że musiałam na nich kucać, wzięłam też prysznic, m. cały czas ze mną, jak dostaliśmy salę było już 5 cm:happy:, położna zadowolona mówi, że do 12 będzie po wszystkim, lekarka przebiła mi pęcherz i poszło lawinowo, skurcze były już baaardzo bolesne, zaczęłam marudzić że nie wyrabiam a tu już 7-8 cm:szok:, kazała mi się położyć na boku i powiedziała że jeszcze 10 skurczy, zapytałam - a jak wstanę? to 5! więc zaraz wstalam choć ciężko było - zawisłam na m. on mnie obejmował i kręciliśmy się jak podczas tańca (cóż dolargan:-D) bo mi to ulgę sprawiało a w czasie skurczu m. podtrzymywał mnie żebym nie upadła, potem ze 2 skurcze leżąc na boku żeby główka się dobrze wstawiła twarz chowałam w ręku m. i pojękiwałam że nie wytrzymam, przyszły parte na których włącza się już instynkt zwierzęcy, 3 parcia z dzikim niekontrolowanym rykiem:zawstydzona/y: i płaczący Juluś pojawił si e na świecie, jak położyli mi go na brzuchu zaraz się uspokoił i patrzył na mnie tymi swoimi ślepkami a ja patrzyłam na m. i czułam, że go kocham. To są chwile bliskości nie do powtórzenia:happy:

    cały poród powtarzałam, że jeśli kiedyś wspomnę o trzecim dziecku - to tylko adoptowane:-D, generalnie cieszę się, że to już za mną i te gorsze momenty już wymazuję z pamięci, a rodzenia bez m. w ogólesobie nie wyobrażam!
     
  9. Gosha24

    Gosha24 Mama Gai od 06.04.2009

    To ja też podzielę się moimi przeżyciami. Dzień przed planowanym terminem porodu byłam na kontrolnym KTG i wizycie, mój doktorek tak dokładnie mnie przebadał, że po dwóch godzinach zorientowałam się, że krwawię, nie byłoby w tym nic strasznego gdyby nie skrzepy krwi... więc po konsultacji z doktorkiem trafiłam na oddział patologii ciąży... i tak "odpoczywałam" sobie do poniedziałku, więc równy tydzień. Wcześniej w piątek pojawiło się rozwarcie na 3 cm i lekkie skurcze, miałam nadzieję, że to juz, niestetyty małej się nie spieszyło i zdecydowano o sztucznym wywołaniu porodu, czytajcie: oxytocyna :-) W poniedziałek o 7:30 trafiłam na porodówkę, podano oxytocynę, akcja szła sprawnie. tzn książkowo, ok. godz. 12 było już 5 cm rozwarcia i szło dalej, przyjechał mój M i już nie byłam sama. Od tego momentu wzięliśmy się razem za rodzenie, razem oddychaliśmy, prawie razem skakaliśmy na piłce, razem spacerowaliśmy. Akcja postępowała...aż w końcu zaczęło się komplikować, miałam od południa przebity pęcherz płodowy więc jakoś musiałam urodzić, ale niestety główka nie zstępowała do miednicy... Poród przedłużał się wtedy w nieskończoność, choć o dziwo czas leciał jak oszalały nawet nie wiedziałam kidy minęła 16:00. Mąż masował mi plecy, rozmawiał ze mną, oboje zachowaliśmy stoicki spokój i naprawdę jestem z nas dumna :-). O 21:00 weszłam do wanny i poczułam ulgę, naprawdę pomogło, w międzyczasie był też błogosławiony Dolargan ;-). Niestety brak skurczy partych, brak postępu w zstępowaniu główki małej do miednicy zaważył o dalszych losach...przed północą wykonano cesarskie cięcie. I tak nasza Kruszynka pojawiła się na świecie :-) Atmosfera na porodówce: cudowna
    Położne: świetne i niezastąpione, szczególnie Pani Hania i Pani Ula
    Lekarz: nie mam co narzekać, rzeczowy, miły i konkretny (choć badania w czasie skurczy nie należały do najprzyjemniejszych)
    Mąż: Najkochańszy na świecie!!! Bez niego chyba nie byłabym taka spokojna i skoncentrowana na naszej trójce.
    Poród wspominam naprawdę dobrze, na następny dzień nie pamiętałam już bólu, a rana po cesarce goi sie szybciutko i też już prawie nie boli, to naprawdę nic strasznego :-)
    Pozdrawiam i życzę dużo spokoju na porodówce.
     
  10. reklama
  11. Madzia_Singh

    Madzia_Singh Kochana PYCHOTKA

    i znowu tym razem przy swietach poryczalam sie jak bobr
     
  12. Ma_Dunia

    Ma_Dunia Moderator

    To i ja podziele się moimi przeżyciami. :-)

    W sobotę Juliam był zupełnie niemrawy i wieczorem zdecydowaliśmy się pojechado szpitala żeby sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Na porodówce akurat dyżur miała położna, z którą robiliśmy kurs w szkole rodzenia i którą wybraliśmy do opieki poporodowej. Podłączyła mnie do KTG i okazało się, że mały ma się bardzo dobrze, kamień spadł mi z serca. Potem mnie zbadała i okazało się że mam rozwarcie na 1cm, ale żadnych skurczy. Pojechaliśmy do domu i poszliśmy spokojnie spać. :tak:

    W niedzielę pojawiły się nieregularne skurcze, mniej więcej co godzinę i bezbolesne. Ucieszyłam się, bo w końcu coś zaczęło się dziać. Około 22.00 poszliśmy spać. Nagle poczułam jakby ktoś puknął w balon napełniony wodą (22.45). Nic więcej się nie działo, żadnych skurczy czy sączenia wód, więc stwierdziliśmy że się wyśpimy i rano pojedziemy do szpitala. Po kilkunastu minutach poszłam do łazienki i wtedy zaczęły mi się sączyć wody, do tego doszły skurcze co 10 minut. Szybko się ubraliśmy, mój M chwycił torbę i pojechaliśmy do szpitala.

    Na szczęście znów była „moja“ położna. Podłączyła mnie do KTG, wszystko było w porządku u Juliana a u mnie zaczęły wychodzić skurcze, no i rozwarcie było na 2cm. Podała mi środek rozluźniający szyjkę i posłała nas na oddział żebyśmy odpoczeli albo pospali, bo poród miał jeszcze trochę trwać. Niestety po 10 minutach skurcze zrobiły się bardzo bolesne i wróciliśmy na porodówkę. Na szczęście okazało się, że jestem jedyną rodzącą i położna mogła poświęcić mi całą uwagę. Okazało się, że przez streptokoki poród w wodzie odpada. Dostałam środek przeciwbólowy w kroplówce, najpierw jedną a potem drugą dawkę antybiotyku. Leżałam cały czas, w ciszy i tylko z moim M trzymającym mnie za rękę i głaszczącym po głowie, mogłam się wyciszyć w przerwach między skurczami i do 6.00 czekałam na pełne rozwarcie. A potem zaczęła się prawdziwa praca, niestety około 7.00 akcja zwolniła i musieli podać mi oksytocynę. No i po ponad 1,5 godziny parcia i lekkiej interwencji lekarza (niestety musieli zrobić nacięcie, bo Julian ustawił się w ułożeniu potylicowym-tylnym co przedłużyło ostatni etap poródu) na świecie pojawił się Julian. Po dwóch solidynch krzykach wylądował na moich piersiach i momentalnie się uspokoił, patrzył na nas tymi cudownymi oczkami. A ja z moim M wpatrywaliśmy się w niego i nie mogliśmy w to wierzyć, byliśmy bardzo wzruszeni. W tej jednej chwili poczuliśmy jak cały nasz świat się odmienił. :-)

    Podsumowując: poród to nie jest najprzyjemniejsza rzecz, ale o wszystkim się zapomina jak tylko zobaczy się maleństwo. :tak: Ja miałam chwilę zwątpienia, miałam ochotę rzucić to wszystko i iść do domu, bolało jak cholera, ale był przy mnie mój M, głaskał mnie po głowie, trzymał za rękę i dodawał otuchy, mówił jak jestem dzielna i że dam radę. Wcześniej byłam przekonana, że ostatni etap powinniem być za drzwiami (on też tak myślał), ale okazało się, że wtedy był mi najbardziej potrzebny a i on chciał być przy mnie do końca. Tylko dzięki jego sile i pomocy świetnej położnej udało mi się urodzić bez ZZO, a w konsekwencji uniknąć być może i CC.

    Warto było przez to przejść, bo nagroda warta jest każdej ceny. :-)
     

Poleć forum