reklama
Jestem DDA – dorosłym dzieckiem alkoholika

Jestem DDA – dorosłym dzieckiem alkoholika

Kiedyś o DDA niewiele się mówiło, co wcale nie znaczy, że zjawisko nie istniało - ot, takie to były czasy. Dziś szeroko omawia się specyfikę dorastania w rodzinie alkoholowej. Trudno się temu dziwić - dorosłe dzieci alkoholików to bardzo liczna grupa ludzi z bagażem bolesnych, często traumatycznych wspomnień, które nadal w nich żyją, oraz doświadczeń, które ich wykreowały, i które wciąż rzutują na ich rzeczywistość.

Naturalnie nie w każdym dziecku, które dorastało w rodzinie z problemem alkoholowym, pozostał trwały ślad, który nie pozwala żyć pełną piersią. Niestety słuszna większość, prędzej czy później, odkryje w sobie syndrom DDA - wachlarz charakterystycznych postaw, sytuacji i stanowisk. Co najbardziej boli?

Boję się utraty kontroli

Aneta:Jestem pedantką - lubię, kiedy wszystko leży na swoim miejscu. Jestem doskonale zorganizowana – w swoim kajecie mam rozpisane dni, tygodnie, miesiące. Moje plany sięgają pół roku, rok naprzód. Co ciekawe, zawsze mam plan awaryjny. Znajomi śmieją się, że jestem przygotowana na wszelką okoliczność, i coś w tym jest. Nieznajomi są zachwyceni moją organizacją. Ta ma niestety drugie dno - boję się utraty kontroli. Nad wszystkim, także nad sobą. Nie okazuję emocji – jestem chłodną profesjonalistką, trzeźwo patrzę na świat i mówię, jak jest. Tak sobie myślę, że w ogóle, tak na co dzień, staram się być raczej skałą – lepiej nie ulegać temu, co nieracjonalne i nieobliczalne. A nad emocjami łatwo można stracić kontrolę. Nikomu, nawet sobie, nie potrafię zaufać. Czasem chciałabym powiedzieć – i sobie, i światu: tak - jest mi źle! - tymczasem zawsze jestem uśmiechnięta i udaję, że wszystko gra. Nie potrafię się rozluźnić, żyję w ciągłym strachu i poczuciu zagrożenia. Przesadnie też reaguję na zmiany, nad którymi nie panuję. Niepewność mnie przeraża!

Boję się okazywania uczuć

Gosia:Peszą mnie spontaniczne reakcje, wylewność czy osoby, które mają serce na dłoni. Mnie samej trudno jest wyrażać uczucia. Nie ufam ludziom, długo się przekonuję. Kiedy ktoś jest dla mnie – w moim odczuciu – przesadnie dobry czy miły, wietrzę podstęp. W mojej rodzinie, ale to raczej nie tylko u nas, to chyba taki trend z PRLU-u, nie wolno było złościć się, denerwować, wyrażać negatywnych emocji. Wszystko kisiliśmy w sobie. Wachlarz moich uczuć był dość monotonny i bardzo szary – mało w moim domu było miłości, za to strachu, wstydu, smutku i bezsilności – o, tych było pod dostatkiem. Ta posępna aura wlecze się za mną – a może po prostu ona jest we mnie? Kiedy jest mi dobrze, nie umiem okazać radości. Może się boję, ze to wszystko pryśnie niczym bańka mydlana? Czasem łapię się na tym, że tylko czekam, aż dostanę od życia obuchem w łeb. Z kolei celebruję to, co mnie boli – pewne jest, że jedna krytyczna uwaga bardziej mnie dotknie, niż uskrzydli dziesięć pochwał.

Nie umiem walczyć o swoje

Lucyna: Jestem doskonałym mediatorem, umiem wczuwać się w role i emocje innych. Moja empatia rozwinięta jest do bólu. Umiem walczyć o innych – za przyjaciół i rodzinę poszłabym w ogień, no walczyłabym jak lwica. Jestem bardzo skuteczna – rzeczowa, chłodna. Jakbym założyła na siebie jakiś pancerze. Nie lubię tego, ale konflikty mnie podkręcają – nie to, że cieszą, ale dzięki nim osiągam intelektualne szczyty. O jaka jestem skuteczna! Gorzej, jeśli konflikt dotyczy mnie – wtedy kulę się w sobie, choć staram się rozładować sytuację, to najchętniej uciekłabym, gdzie pieprz rośnie. Prawdopodobnie podświadomie boję się tego, co wymiana słów może przynieść – choć wiem, że nie powinnam się bać rękoczynu czy poniżenia, to ten strach przed tym jest ode mnie silniejszy. Nie umiem walczyć o swoje, o siebie – może czuję, że mi się to nie należy?Czy myślę, że nie jestem warta, by dostać to, co chcę? A może niesprawiedliwość, która mnie dotyka, tak naprawdę mi się należy? To skomplikowane.

Czuję się odpowiedzialna za wszystkich i wszystko

Olga:„Matka Teresa” to mój przydomek. Od zawsze tak mam, że myślę i martwię się o wszystkich, mam skłonność do czucia odpowiedzialności za wszystko i wszystkich. Jestem typem społecznika i organizatora. Bywa, że spalam się przy tym, ale już tak mam – no i inni tego ode mnie oczekują. Nie wiem, czy mam to we krwi, czy ukształtowało mnie doświadczenie – nie miałam zbyt wielu okazji, by poczuć się dzieckiem – kiedy mój ojciec pił, matka pracowała na dwóch etatach, ja zajmowałam się trójką młodszego rodzeństwa. Musiałam być dorosła. Dziś zachowuję się tak, jakbym chciała zbawiać świat - zawsze trwam na posterunki.

Dręczy mnie poczucie winy

Paulina:Ojej, ile to razy miałam poczucie winy za to, że mam czegoś dużo, ze dostałam coś, o czym marzyłam, że jestem zbyt szczęśliwa. Potrafię się obwiniać za nastrój męża, focha koleżanki. Jestem życiową ofermą - nie dość, że nie walczę o swoje życie, przepraszam że żyję i zbieram ochłapy, to kiedy coś wygram, stanie na moim - kulę się w sobie, mam łzy w oczach i … szkoda mi tego, kogo pokonałam. Kiedy oglądam filmy bądź czytam książki, nigdy nie jestem bohaterem, a słabeuszem i ofiarą. W życiu jestem samosią – staram się być niezależna i samowystarczalna, ale nie dlatego, że umiem wszytko. Nie chcę czuć się zobowiązana i wdzięczna, nienawidzę uczucia, że jestem ciężarem dla innych.

Jestem sztywniarą

Anita:Jestem samotnikiem – nie mam zbyt wielu znajomych, unikam tłumnych imprez, i nie mam na myśli tylko pikników, dyskotek, ale choćby i familijnych jubileuszy. To idiotyczne, ale luz, ogólna wesołość, radosny harmider czy poczucie swobody – krępują mnie, budzą niepokój. Moje dzieciństwo, moje środowisko naturalne to napięcie – czekaliśmy z niepokojem na rozwój wypadków, czy ojciec wróci pijany, czy mama nie straci panowania nad sobą. Nie mam w pamięci zbyt wielu dobrych chwil – nawet, jeśli miewaliśmy jakiś spokojny kres, to i tak za chwilę nastąpiło jakieś wielkie bum. Nie lubię ludzi - zbyt wiele od nich oczekuję, przez co ciągle się rozczarowuję. Surowo oceniam rzeczywistość, jestem zasadnicza – najchętniej włożyłabym wszystko w tabelki i szablony. To jednak, co mnie najbardziej męczy to nie to, że nie umiem cieszyć się, że mi dobrze, a to, że kiedy tylko zwącham szczęście - dążę do napięć. Kiedy sielskość odejdzie w zapomnienie, ja odzyskuję spokój…

Jestem dla siebie bezlitosna

Monika:Jestem dla siebie bezlitosnym sędzią i bardzo wymagającym osobistym trenerem – działam, jakbym luksus miała w standardzie. Zawsze wszystko robię na 100%, na najwyższych obrotach. Jestem efektywna i wydajna – tylko motorem nie jest mój silny charakter i samodyscyplina, jak wszyscy sądzą, a moje wspomnienia z dzieciństwa. Mój ojciec pił, co dotkliwie burzyło porządek dnia, zwłaszcza, że i ja, i moja mała siostra, wymagałyśmy opieki, a mama pracowała na różne zmiany. Szybko musiałam dorosnąć. Niestety to, co robiłam, nie odpowiadało mojej mamie, która jest pedantką – według niej nie było istotne, że jej pomagam, a to, że robię coś niedokładnie (a przecież byłam dzieckiem!). Z kolei ojciec, kiedy był pijany, awanturował się, na trzeźwo zawsze nas tresował: kazał mi prosto chodzić, dobrze się uczyć, ogólnie wszystko było nie tak. Choć jestem kobietą spełnioną, odnoszę sukcesy, to nieustannie szukam potwierdzenia swojej wartości u innych. Dziś wciąż pracuję nad sobą, podnoszę poprzeczkę - staram się być lepsza, każdego dnia pokonuję siebie. Gdzieś przeczytałam, że dlatego stawiam wobec siebie duże wymagania, bo chcę udowodnić swoją wartość. Może i coś w tym jest. Choć jestem u szczytu kariery zawodowej, to i tak w głębi duszy uważam, że do niczego się nie nadaję.

Boję się samotności

Beata:Moje dzieciństwo to było piekło - moi rodzice to klasyczna patologia, pili niemal codziennie - ciągle urządzali imprezy, nasiadówki i libacje – byleby był alkohol i towarzystwo. Jak nie było towarzystwa – pili choćby i do lustra. Byłam sama – ze swoimi myślami, ze szkołą, z dorastaniem. Wakacje, święta, urodziny – też tylko ja i moje rozdarcie. Choć udało mi się stworzyć szczęśliwą rodzinę, to obawiam się, że na zawsze pozostanie we mnie lęk przed samotnością. Paradoksalnie, choć bardzo lgnę do ludzi, nie umiem zbudować trwałych, bliskich relacji. Jestem nieufna – i do nich, i do Opatrzności. Moje dzieci są już nastolatkami, a ja jeszcze nigdy nie pozwoliłam na to, by wyjechały gdzieś – nawet z mężem do jego matki – beze mnie. Boję się, że coś im się stanie, że nie wrócą…. Bardzo chciałabym tak nie myśleć, nie ściągać na nas ciemnych chmur, ale lęk przed tym, że mogłabym ich stracić, jest tak silny, że paraliżujący. Pamiętam wiele sytuacji, kiedy lęk przed samotnością kazał mi dokonywać złych wyborów, że mnie zabijał. Kiedy byłam studentką, byłam w kilku związkach – nawet jeśli nie układało nam się, wolałam w nim trwać, niż odejść. Choć sabotowałam związek, zerwanie (nigdy nie z mojej inicjatywy) było dla mnie tak bolesne, że nieraz myślałam o samobójstwie. Boję się samotności, naprawdę się jej boję.

Dzieciństwo? Nie chcę o nim pamiętać

Iwona:Staram się nie mówić o swojej rodzinie, nie sięgam do wspomnień. Nawet nie dlatego, że to takie strasznie bolesne czy wstydliwe. Myślę, że się z tym uporałam. Jestem DDA – trudno, to jest już daleko za mną. Nie warto sięgać wstecz, bo to do niczego nie prowadzi. Uważam zresztą, że wiedza o tym, że jest się DDA, jest świetną wymówką i usprawiedliwieniem. Ludzie za szybko sobie odpuszczają, sami sobą manipulują - za mało pracują nad sobą, za szybko zrzucają winę na innych i na to, co było. Owszem, uważam, że jako DDA miałam gorszy start, ale mogę być szczęśliwym człowiekiem – muszę tylko ciężej niż inni – ci ze szczęśliwych, bajkowych domów - pracować. I tyle.

Red. mzb

reklama

Niezbędniki w dziale rodzina