reklama
Kiedy on bije

Kiedy on bije

Nie ma reguły. Brak też czegoś takiego, jak typowy portret czy osobowość ofiary - osoby, która przyciąga i prowokuje sadystów, i która w jakimkolwiek stopniu ponosi winę za ciosy, jakie na nią spadają. „Zupa może być za słona” zarówno w domu ludzi zamożnych i wykształconych, jak i tych ubogich, gdzie zdecydowanie nie je się „bułki przez bibułkę”. Ofiarą przemocy może być każda kobieta – tak młoda, jak i starsza, i ta piękna, i ta mało urodziwa, zarówno pewna siebie, jak i ta skryta, nieśmiała. Wystarczy, że ma życiowego pecha i związała się z damskim bokserem.

Choć istnieje kilka koncepcji psychologicznych, wyjaśniających zjawisko przemocy i zachowanie ofiar, jedno jest pewne - winien zawsze jest oprawca, niezależnie od tego, czy tylko obraża i znieważa, popycha i ciągnie za włosy, czy regularnie bije i maltretuje. To on odpowiada za sposób, w jak radzi sobie z negatywnymi emocjami - czy uderzy czy nie. Jest dorosły.

Kiedy kobieta zostanie upokorzona pierwszy raz, jest w szoku i nie do końca wierzy w to, co się stało. Być może uświadamia sobie, że właśnie została przekroczona święta granica nietykalności i zostało zbrukane wszystko, co się między nią a partnerem liczyło. Czy jednak straci wiarę w to, że był to jednorazowy incydent i nadzieję na to, że to się zmieni? Każdego roku około 800 tys. Polek pada ofiarą przemocy w rodzinie.

Trudno nam, świadkom bądź osobom postronnym, zrozumieć kobietę, która trwa przy swoim oprawcy. Dlaczego te nieszczęśliwe i upokarzane kobiety nie odchodzą od nich i nie szukają pomocy? Być może niosą w milczeniu swój krzyż, bo:

  • odczuwają lęk przed zemstą ze strony partnera, który grozi jej lub dzieciom, jeśli prawda o przemocy wyjdzie na jaw,

  • odczuwają wstyd i upokorzenie. Czują się winne – może nawet myślą, że gdyby tylko były lepsze …

  • myślą, że nie zasługują na żadną pomoc, a to jest kara, na jaką zasłużyły,

  • są sparaliżowane bezradnością i upokorzeniem, są ofiarami prania mózgu – wpadają w apatię lub depresję,

  • są zależne finansowo i materialnie od partnera – boją się, bo nie mają gdzie zamieszkać, dokąd pójść, nie są w stanie samodzielnie utrzymać dzieci,

  • wierzą, że przemoc to coś normalnego, właściwie nic takiego - każde małżeństwo ma swojego trupa w szafie - przemoc jest sprawą … rodzinną,

  • mają nadzieję, że to była sytuacja incydentalna, a sam partner zmieni się na lepsze,

  • nie wierzą w sens pomocy. Może poprzednia okazała się być nieskuteczna?

  • nie chcą łamać tradycji kulturowo-religijnych. Rodzina to świętość, dzieci muszą mieć ojca, zresztą bicie nie zdarza się bardzo często,

  • a może wciąż go kocha i liczy na cudowną przemianę?

Dlaczego ofiary nie powinny milczeć? Dlaczego muszą reagować?

Przemoc to realne zagrożenie dla życia i zdrowia, nie tylko fizycznego. Nikt nie może bezkarnie krzywdzić innych, nikt też nie może pozwolić, by ktoś go poniżał i dręczył. To sprawa nie tylko zdrowego rozsądku, ale i szacunku do samego siebie. Trzeba być też za siebie odpowiedzialnym i starać się przeżyć życie jak najlepiej. Naprawdę szkoda łez, czasu i zdrowia na łajdaka i na życie na pół gwizdka.

O ile kobieta może znosić wiele rzeczy w imię idei, tylko sobie znanych celów wyższych i przyczyn, o tyle powinna zareagować i powiedzieć „stop przemocy” przede wszystkim ze względu na dzieci. One płacą naprawdę wysoką cenę za decyzje i błędy swoich rodziców. To - w tym wypadku - matka jest odpowiedzialna za ich los, to ona powinna zadbać o to, by dorastały w godnych warunkach, by ich dzieciństwo nie było traumą i koszmarem. Powinna dać im miłość, ciepło i – co najważniejsze - poczucie bezpieczeństwa. Dorastanie w rodzinie, gdzie przemoc traktowana jest jako coś zwyczajnego, oprócz dotkliwej i bolesnej codzienności, ma swoje poważne konsekwencje. Dzieci chłoną wszystko jak gąbka, a uczą się przez naśladowanie. Istnieje zatem duże prawdopodobieństwo, że dzieciaki z takich rodzin będą kopiowały owe patologiczne zachowania, uznając je za normalne, i będą stosować agresję wobec innych, zarówno na podwórku, jak i w dorosłym już życiu. Jeśli nie, w przyszłości same mogą stać się łatwymi ofiarami, budując swe relacje partnerskie według tego samego schematu – wiążąc się z oprawcami i tolerując ich agresywne zachowania. Żadna matka nie chciałaby takiej przyszłości dla swojego dziecka. Kobiety mówią, że znoszą upokorzenia dla dzieci, że ze względu na nie trwają przy swych dręczycielach. Błąd! Właśnie ze względu na dzieciaki powinny jak najszybciej uporządkować swoje życie.

Gdzie zwrócić się po pomoc?

Najważniejsze jest to, by kobiety-ofiary przestać milczeć. Nie wolno zamykać szczelnie drzwi i okien, by sąsiedzi nie słyszeli awantur, a potem spuszczać głowy i zasłaniać sińce okularami. Kobiety muszą przestać prać brudy w swoich czterech ścianach. Policja, sądy, obdukcje i sprawy karne – to droga prawna. Alternatywą są psychologowie, grupy wsparcia, poradnie i fundacje – walkę o lepsze jutro, o godność i normalność warto zacząć właśnie od tego. Przyda się też wsparcie rodziców czy przyjaciół – o wiele łatwiej jest walczyć o siebie, kiedy nie jest się samotnym. Lepiej się żyje z przekonaniem „nie mierzę się z tym wszystkim sama”. Jest wiele miejsc, gdzie można szukać pomocy. Najprościej jest odwiedzić stronę internetową Ogólnopolskiego Pogotowia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie "Niebieska Linia", gdzie można znaleźć numery telefonów i bazę placówek pomocowych, a także poradnię i forum (lub zgłosić się do najbliższej Komendy Policji bądź zadzwonić na Telefon Zaufania).

Agata, 31 l.

Agata ma 31 lat i dwóch synów, jest wykształconą i przedsiębiorczą kobietą, mieszkającą w dużym mieście. „Jestem osobą po przejściach. Moja rodzina rozpadła się po 10 latach małżeństwa. Powtórnie wyszłam za mąż. Geneza problemu przemocy jest dla mnie prosta. To owszem – mąż oprawca, ale i mój dom rodzinny, pełen przemocy psychicznej i fizycznej, to moje pojęcie „normalności”. Choć nigdy nie uznałam przemocy za coś zwyczajnego, to weszłam w nią, jak w masło: delikatnie i po troszeczku. Niezauważalnie on zaczął mną pomiatać, mówić, co i jak mam robić, potem traktował moje ciało jak narzędzie do zaspakajania potrzeb. A ja w to wchodziłam, krok po kroku, zupełnie nieświadomie. Milczałam i nic nie robiłam, wstydziłam się i udawałam, że wszystko jest w porządku. Zło przybrało na sile, kiedy zaczęłam widzieć więcej i stawiałam granice. To było po warsztatach asertywności – naprawdę chciałam coś zmienić i wierzyłam, że się nam uda. Przełomem była jedna chwila – jego pięść nad moją twarzą. Wtedy wszystko, co do niego czułam – umarło. Najbardziej bolała mnie bezsilność i poczucie, że sama sobie zgotowałam ten los, że to już koniec, już po mnie. Taka sytuacja bez wyjścia awaryjnego. Czułam, że powinnam tak żyć dla dzieci - bo jak będą wychowały się bez ojca, i dla innych – bo co ludzie powiedzą? Miałam też wrażenie, że wszystko stracę - synów, mieszkanie, wszystko. Pomogła mi terapia psychologa, grupa wparcia oraz mój przyszły mąż. Dzięki niemu zobaczyłam miłość prostą i czułą, dla niego byłam ważna, a moje decyzje były tylko moje. Z pomocą jego i jego rodziny wyszłam z tego chorego układu, rozwiodłam się. Towarzyszyło temu wiele patologicznych zachowań, od gróźb mojego eks męża, ze targnie się na życie, po manipulację i przemoc w stosunku do mnie i dzieci.

Co bym powiedziała innym kobietom-ofiarom? Że najpierw muszą uświadomić sobie problem, potem – że chcą go rozwiązać i dać sobie pomóc. Nie wszyscy zdajemy sobie sprawę, że „nie” dla przemocy to nie zawsze kroki prawne i, w konsekwencji, rozwód. Wiele zależy od kobiety. Są psychologowie, grupy wsparcia, poradnie i fundacje. Często wystarczą wskazówki, proste prawdy i prawidłowe wzorce, których często kobiety maltretowane nie znają. Są przyjaciele. Bardzo trudno jest wyjść z tego błędnego koła samemu. Polecałabym otwarcie się na pomoc innych i przełamanie wstydu, wyjście z ukrycia. Oprawca najbardziej boi się tego, że … wszystko się wyda. I dopóki zastraszone siedzimy cichutko, on pozostaje bezkarny i bardzo, bardzo mu to odpowiada”.

Olga, 30 l.
 
Olga ma 30 lat, jest szczęśliwą mężatką i mamą dwójką dzieci. Wykonuje wolny zawód, mieszka w dużym mieście. „Kiedy studiowałam, przez cztery lata chodziłam z Robertem -  wyjątkowo zabawnym i inteligentnym chłopakiem. Był uroczy, wykształcony i starszy ode mnie. Pierwszy raz uderzył mnie publicznie w twarz, w pociągu, kiedy wracaliśmy spod namiotu na Mazurach - miałam 22 lata. To było dla mnie takim szokiem, że zaczęłam udawać, że nic się nie stało (dziś dla mnie niewyobrażalna reakcja). Potem, dziewięć miesięcy później, na jakimś koncercie na Juwenaliach bił mnie (nie uderzył raz, ale wiele razy), a ja prosiłam, żeby przestał, bo ... bałam się, że spisze go policja! Choć było to siedem lat temu, pamiętam to bardzo wyraźnie do dziś. Po tym pobiciu zerwałam z nim - na miesiąc. W tym czasie Robert bardzo starał się być miły, no i ja oczywiście, jak typowa ofiara, wolałam zapomnieć i wybaczyć... Te pobicia nigdy nie były tematem naszych rozmów, nigdy tego nie przegadywaliśmy, nic. Łapałam się na tym, że uważałam na to, co mówię - tak jakbym bała się go "sprowokować". To był bardzo traumatyczny okres (po tym największym pobiciu chodziłam z nim jeszcze przez rok!). Zawsze wcześniej wydało mi się, że przemoc to patologiczne małżeństwa, uwikłane w jakieś nałogi czy biedę, tymczasem my oboje byliśmy studentami, znaliśmy na pamięć repertuar kin itd. ... Co boli w takich sytuacjach? Chyba najbardziej upokorzenie, tak wielkie, że łatwiej o nim zapomnieć, niż je przepracować - wydaje mi się, że właśnie dlatego wolałam nie myśleć. Choć do dziś czuję fizycznie upokorzenie na wspomnienie tamtych dwóch pobić. Pod powiekami mam obrazek, jak jestem bita - widzę, że przyglądają się całej sytuacji przypadkowi przechodnie. I nie reagują.

Co bym doradzała? Uciekać po pierwszym razie, koniecznie! Nie wierzę, że takie związki mogą jeszcze kiedykolwiek być szczęśliwe, nawet jeśli przemoc już by się nie powtórzyła (choć w to też nie wierzę). Zawsze w tyle głowy zostaje strach przed kolejnym pobiciem, wspomnienie nienawiści, jaką się czuje w chwili przemocy”.
Paulina jest mężatką od 3 lat, aktualnie w trakcie sprawy o separację i mamą dwójki malutkich dzieci. Ma 28 lat, jest wykształcona i aktywna zawodowo. „Pierwszy raz zostałam uderzona rok po ślubie. Wcześniej nigdy nawet bym o czymś takim nie pomyślała - chodziliśmy ze sobą 6 lat. Owszem, zdarzały się sprzeczki, ale nie kończyły się one nigdy rękoczynami. Potem było coraz gorzej. Bił nawet wtedy, gdy byłam w ciąży. Ostatni raz uderzył mnie w trakcie odwiedzin dzieci, jak już mieszkaliśmy osobno. Na początku - w szoku - opowiedziałam o tym tylko mamie, potem przyjaciółce. Nigdy nie byłam bierna - oddawałam mu, ale niestety był silniejszy. Po roku od ostatniego pobicia miałam już obdukcję - ostatni incydent zgłosiłam na policję, aktualnie jestem w trakcie sprawy karnej. Najbardziej boli fakt, że przemoc fizyczną stosuje ktoś mi najbliższy, kogo pokochałam, zdecydowałam się na ślub, na dziecko z nim. Boli sam fakt, że jestem dla niego nikim, czuję poniżenie i wstyd. Miałam to szczęście, że mogłam liczyć na pomoc rodziców - miałam tę pewność, że w każdej chwili mogę wrócić do domu, że zawsze znajdzie się dla mnie kąt, jeśli postanowię od niego odejść. Od przyjaciół otrzymałam mieszkanie bez odstępnego, mam wsparcie u psychologa, terapeuty oraz mojej pani mecenas. Najgorzej cierpią na tym dzieci. Maleństwa powoli zapominają tatę - to ze względu na to, na nie - chciałabym zrobić wszystko, żebyśmy wciąż byli rodziną. To trudne. Wciąż się  zastanawiam, czy lepiej wychowywać je samotnie, w spokoju i ciszy, ale bez taty, czy w domu pełnym przemocy i agresji, ale razem. Nie wiem co jest lepsze – najgorsze, że wciąż go kocham.

Nie wiem, co radzić innym kobietom, będących w takiej sytuacji. Najważniejsze to pokazać, że nie jesteś przerażona, bezbronna i zastraszona, że jest policja, sądy, lekarze i terapeuci. Trzeba pokazywać, że za takie czyny jest kara, a my potrafimy same żyć i radzić sobie bez niego. Chyba tylko tyle. A może aż tyle?”.

Joanna, 46 l.

Joanna jest mężatką w trakcie separacji (18 lat małżeństwa), od 4 lat w szczęśliwym związku z obecnym partnerem życiowym. Ma 46 lat, jest nauczycielką i przewodniczką. „Pierwszy raz to się stało kilka lat po ślubie – uderzył mnie wiele razy. Zdecydowanie gorzej jednak znosiłam przemoc psychiczną. Czy bił mnie przed ślubem? Nie, nie było mowy o czymś takim, nie wyczuwałam od niego zła. Tylko moja babcia bardzo wtedy płakała, bo ... on zapomniał wiązanki ślubnej. Przez 18 lat milczałam, nikt - nawet matka, siostra czy przyjaciółka, nie wiedziały o tym, co się dzieje w moim domu. Nic z tym nie robiłam, bo bałam się zostać sama. W końcu nie wytrzymałam i odeszłam, i to z mojego własnego domu. Najbardziej bolał mnie fakt bycia nikim dla tego człowieka. Moje potrzeby nie liczyły się w ogóle, byłam traktowana jak powietrze, jak ta, która ma posprzątać, ugotować, pracować, być matką, żoną i kochanką. Chociaż nie, pod koniec związku i kochanką nie mogłam być, bo nie miałam takiego samego tytułu naukowego, co on, pan doktor. Kiedy odeszłam, pomógł mi przyjaciel, przyjaciółka i rodzice. Reszta znajomych odwróciła się ode mnie - on chodził i rozpowiadał, że go zdradziłam. Mało tego - dzieci odrzuciły mnie, kiedy dowiedziały się, że mam kogoś innego, niż ich ojciec. Przez te osiemnaście wspólnych lat obraz bitej matki zwyczajnie im spowszedniał. Zamieszkały z ojcem, jednak nie wytrzymały długo, bo okazał się dla nich surowy, zimny i obojętny. Choć wciąż ciężko ludziom jest uwierzyć w to, że byłam bita, to teraz, po czterech latach, coś się w moim życiu zmienia. Wróciły do mnie dzieci. Słyszę z ich ust: „Jak mogłaś z nim żyć tyle lat!?”.

Co bym radziła innym kobietom? Żeby nie milczały, by mówiły światu o tym wszystkim! Nie wolno marnować życia przy kimś takim – trzeba uciekać i żyć od nowa: dla siebie, dla dzieci, dla świętego spokoju”.

Monika Zalewska-Biełło

reklama

Niezbędniki w dziale rodzina