Witam Kobiety,
czuję się niejako odpowiedzialna za ten wątek, więc dodam swoje doświadczenia z pierwszych dni.
Mała wisiała na piersi non-stop!!! Myślałam, że źle ją karmię. Brodawki popękane, krew się polała, a ja straciłam wszelką nadzieję. Nie poddałam się, chociaż przyznam, że myślałam o smoczku, jak mi się królewna budziła co 5 minut (nie przesadzam). Mąż - przeciwnik smoczków powiedział, że jak nie daję rady, on pojedzie po ten smoczek, więc chyba sam widział, że jest źle. Dałam sobie i jej jeszcze jeden dzień, potem jeszcze jeden... I w końcu w piątek wieczorem pokarmu było więcej. Nie podałam smoka i nie podałam butelki, chociaż w sobotę przyszła do nas położna i powiedziała, że mała straciła więcej niż 10% wagi początkowej i trzeba butelkę podać. Myślałam, że jej zęby wybiję. Kiedy jej powiedziałam, że mała źle śpi, powiedziała, że za mało je. Kazała mi ją rozebrać do pieluchy i karmić w ten sposób. Powiedziała, że ona będzie efektywniej ssała, jeśli będzie jej chłodno.

Sorry, ale o takiej metodzie nigdy nie słyszałam. Jedno co wiem, że mała była tak po tym karmieniu wychłodzona, że myślałam, że mi się przeziębi. W ogóle na jakąś głupią krowę trafiłam. Mam nadzieję, że dziś przyjdzie moja położna, bo ta tylko przyszła w zastępstwie. Jeśli się pojawi ta głupia krowa, chyba nie wsadzą mnie do więzienia za zamordowanie takiej osoby, co? Jak myślicie?

;-)