Aborcja

Aborcja

Anna: Aborcja - jedno małe słowo, które kojarzy mi się z szarym, komunistycznym gabinetem - w nim młoda dziewczyna na fotelu ginekologiczny i lekarz rzeźnik, który wyciąga z niej krwawe szczątki człowieka. To moje skojarzenia z lekcji wychowawczych w ogólniaku.

Mogę powiedzieć głośno: jestem bardzo na NIE. Czy tak naprawdę w naszym sejmie za aborcją nie opowiadają się ludzie, którzy żyją tu i teraz, więc ich mama nie poszła do takiego gabinetu i nie powiedziała "nie chcę tego dziecka". Stawiane pytanie, kiedy zaczyna się życie? Dla mnie osobiście życie zaczyna się w chwili poczęcia, wtedy kiedy kobieta i mężczyzna decydują się na to, żeby być ze sobą także fizycznie, i wiąże to się z pewnymi konsekwencjami - jak każdy wybór i każda decyzja życiowa. 

Toczenie debaty, czy usunąć dziecko kalekie czy nie, dla mnie to jedna i ta sama odpowiedź - NIE. Każde życie jest tyle samo warte – kobieta, która dała mu życie, powinna je urodzić. Resztę pozostawmy Bogu. Niech on decyduje, kto i kiedy się urodzi, jak i o tym, kto i kiedy odejdzie. Myślę nad zupełnie innymi aspektami życia – dlaczego, gdy ktoś zachoruje, staramy się za wszelką cenę go uratować, a tego, który jest chory, ale jeszcze się nie narodził – nie? Przecież to także może być cudownym człowiek, a dla matki czy ojca życiowa próba – tak, głęboko w to wierzę, że czasem jesteśmy doświadczani. Dzięki temu możemy zobaczyć coś więcej niż tylko dobra doczesne i bycie tu i teraz. Aborcja? Jestem na nie. Co więcej uważam, że to nie jest sprawa wyłącznie matki czy ojca, ale nas wszystkich.

Ania: Po pierwsze zdecydowane “nie” mówię aborcji jako środkowi antykoncepcyjnemu. Wyznaję zasadę “najpierw myśl, a potem rób”. Z tym, że zostawiam margines na pomyłki, zawodność środków i trudną  sytuację przyszłej matki (ciężko mi ustalić granice “trudnej sytuacji” – myślę, że to mimo wszystko nie jest do ustalenia, to kwestia bardzo indywidualna). Zakładam, że człowiek jest istotą myślącą i powinien przewidywać skutki. Takiej aborcji nie popieram, ale dopuszczam - jestem zdania, iż powinny się rodzić tylko dzieci chciane i oczekiwane i że nie da się nikogo uszczęśliwić na siłę.

reklama

Zdecydowane “tak” mówię aborcjom wykonywanym jako przerwanie ciąży na skutek gwałtu. Nikt mi nie wmówi, że urodzenie dziecka, które od samego poczęcia staje się również ofiarą jest emocjonalnie do zniesienia. Dla mnie to sprawa nie podlegająca dyskusji. Tak samo w przypadku stwierdzenia upośledzenia (fizycznego i psychicznego). Medycyna jest już na tyle rozwinięta, że może diagnozować uszkodzenia płodu w miarę szybko. Nie wnikam w temat, kiedy zarodek staje się człowiekiem. Jeśli przyjście na świat dziecka, którego życie będzie pasmem cierpień, można na wczesnym etapie wyeliminować, to mimo wszystko jestem “za”. Mimo wszystko, dlatego, że nie potrafię sobie wyobrazić cierpienia rodziców, którzy taką decyzję muszą podjąć. Dla nich to wystarczający ból – należy ich w tej sytuacji wspierać, a nie piętnować.

Jestem za tym, aby przed podjęciem decyzji o aborcji matka (a w miarę możliwości i jej partner) spotkała się z kimś z kim będzie mogła o całej sytuacji porozmawiać (myślę tu o wsparciu ze strony psychologa, ginekologa – ale musiałyby być to osoby specjalnie przeszkolone, nie przypadkowe, które przedstawiłyby wszystkie za i przeciw, ale nie sugerowały rozwiązania sytuacji). To do matki/rodziców powinna należeć decyzja. Tylko i wyłącznie!
 
Jestem za dostępnością aborcji. Kobieta nie powinna jeździć za granicę czy korzystać z aborcyjnego podziemia. Nie wspominając o tym, że przeszkodą nie powinny być względy finansowe. Jak ktoś kto decyduje się nie urodzić dziecka ze względu na trudną sytuację materialną ma opłacić zabieg? Boję się nieodpowiedniego podejścia osób do tej dostępności, boję się nadużywania – ale wolę to, niż nielegalne i niebezpieczne aborcje.
 
Monika: Prawdę mówiąc nie wiem do końca, jakie jest moje stanowisko w temacie aborcji w wymiarze globalnym. Dla mnie człowiekiem nie jest ani zygota, ani morula - nie miałabym jednak sumienia usunąć płodu. Nie dopuszczam do siebie głosów, które mówią mi, jak mam pokierować swoim życiem. Sama wiem, co mam robić – jestem i świadoma, i moralnie spójna. Poza tym środowiska, które w temacie aborcji i dekalogu najgłośniej krzyczą – staruszki, księża i posłowie – nie są dla mnie ani autorytetem, ani wykładnią. Poza tym – hm… - ich temat dzieci sensu stricto nie dotyczy! To ja.

Z drugiej wiem, że jest masa kobiet, dla których aborcja szybko stać by się mogła ogólnodostępnym, skutecznym środkiem antykoncepcyjnym (kobiety zabiedzone, nękane, bez kręgosłupa moralnego czy intelektualnie zabiedzone, ale i rozwiązłe, z lekkim podejściem dożycia. Przepraszam, że wrzucam je do jednej szuflady). Tak na marginesie, to właśnie kobiety stanowiące "społeczny margines", dziś są najbardziej w tym wszystkim pokrzywdzone. Każdy bowiem wie, że zarówno aborcyjna turystyka, jak i nasze lokalne, polskie podziemie aborcyjne mają się świetnie – trzeba mieć tylko pieniądze (gazetę z ogłoszeniami i głowę na karku) - aborcją zajmuje się niemal każdy ginekolog. 

Środowiska kobiece grzmią, że „męskie dyskusje na szczycie” o naszych macicach są wyrazem najwyższej pogardy wobec kobiet – i ja to tak czuję. Mierzi mnie, bo owe dyrektywy odbieram jako przejaw hipokryzji w najczystszej postaci. Z jednej strony elity decydujące o życiu dzieci wspierają się argumentem nadrzędnym, jakim jest dobro dziecka - które staje się dzieckiem w chwili poczęcie (ale prawo do kościelnego pogrzebu płodu nie jest już tak oczywiste!). Z drugiej strony nie robią nic (notabene sami zaś najczęściej nie wpisują się w stereotyp ubogiego obywatela), żeby po narodzeniu dziecka, w opiece nad nim wesprzeć rodziców – nie tylko dzieci chorych, z rodzin ubogich czy dysfunkcjonalnych, ale także zwykłych obywateli – bo kogo dziś stać na dziecko? Życie dorosłego Polaka to walka o przetrwanie – nie dziwmy się, że nasz prokreacyjny zapał wyraża się w ujemnym wzroście demograficznym. Polska jest krajem paradoksu – u nas dwoje młodych, pracujących ludzi, najczęściej nie może związać końca z końcem, nawet nie marzy o samodzielnym mieszkaniu czy przyjemnym życiu. Gdzie są uczciwe zasady urlopów macierzyńskich, gdzie żłobki, przedszkola i opieka zdrowotna na europejskim poziomie? Nie mamy ani edukacji seksualnej w szkołach, ani refundowanej antykoncepcji. Mamy za to cały wachlarz zabobonów, mitów, dogmatów oraz myślenia życzeniowego. Szkoda, że nie żyjemy w kraju świeckim- zapewne wówczas łatwiej byłoby o ciąży rozmawiać, niż ją usunąć (za M. Środą).

Magda: Jestem zwolenniczką liberalizacji prawa do aborcji. Dlaczego? Dlatego, że stawiam na prawo jednostki do decydowania o sobie oraz nie dostrzegam człowieka w zbiorze kilkutygodniowych komórek.  Wydaje nam się, że możemy ludziom regulować życie systemem praw, ale prawo – choć samo w sobie pożyteczne – jest niedoskonałe. Nigdy nie da się przewidzieć każdej trudnej sytuacji, w której może znaleźć się człowiek. I wydaje mi się, że tym wszystkim, którzy krzyczą w obronie życia poczętego nie przychodzi do głowy, jak ciężkie i poplątane mogą być losy ludzkie.

Jestem przede wszystkim radykalną przeciwniczką teorii: „urodzić i oddać”. Dlatego, że zdecydowanie bardziej interesuje mnie człowiek narodzony, a nie poczęty. Te niechciane, porzucone dzieci od pierwszych chwil życia skazane na loterię – może ktoś dobry je adoptuje, a może nie. Takie bezpańskie istnienia. Uważam, że państwo najpierw powinno zapewnić wszystkim niechcianym dzieciom bardzo dobre warunki życia i szansę na szczęście. Kiedy będzie dość rodzinnych domów dziecka, kiedy będzie dość pieniędzy na opłacanie ciepłych, czułych, dobrych wychowawców, na edukację dzieci i zapewnienie im środków na start w dorosłe życie, to możemy zacząć debatować nad dziećmi poczętymi. Ale „first things first”. Najpierw zadbajmy o dzieci, które się urodziły i których nikt nie kocha. Zadbajmy o to, aby dzieci nie były bite, maltretowane i mordowane.

reklama

Liberalne prawo daje ludziom szansę wyboru. Ci, dla których kilkutygodniowy płód jest człowiekiem, życiem darowanym przez Boga – będą rodzić swoje dzieci, bez względu na to w jakich okolicznościach zostały poczęte. Ale ci, dla których to tylko prosta kombinacja komórek, będą mieli prawo nie rodzić. Na pewno nie mamy prawa narzucać swojego światopoglądu innym. Bo wyobraźmy sobie sytuację odwrotną: Ministerstwo Zdrowia uznaje, że budżet państwa nie może sobie pozwolić na leczenie dzieci z wadami genetycznymi i wprowadza obowiązek przeprowadzania badań i eliminacji niezdrowych płodów. Dla ludzi wierzących to byłby zamach na ich integralność, na ich wiarę, przymus do popełniania śmiertelnego grzechu w imię prawa. Teraz jest dokładnie tak samo, tyle że dyskryminujemy wszystkich tych, którzy nie myślą w kategoriach religii i wiary. To jest zamach na podstawowe prawo jednostki do stanowienia o sobie. W imię wartości moralnych, które są oczywiste tylko dla pewnej grupy społeczeństwa.

Lepiej zliberalizować prawo, ale jednocześnie edukować. Edukować o zapobieganiu ciąży, o antykoncepcji, o seksie i miłości, o odpowiedzialności i o szacunku dla żywych dzieci. Gdybyśmy mieli świadome społeczeństwo, problem aborcji zostałby zmarginalizowany, bo spadłaby liczba niechcianych ciąż. Ten brak edukacji w połączeniu z całkowicie zaściankowym myśleniem o seksie i jego konsekwencjach, z jakąś niewytłumaczalną pruderią jest dla mnie szczególnie irytujący. A potem rodzą się te niechciane dzieci, porzucane, maltretowane, bite i zabijane. Po co? Żeby jak trzyletni Bartuś zginąć męczeńską śmiercią zakatowany przez jakiegoś niedojrzałego ojczyma psychopatę za przyzwoleniem własnej matki – MATKI?! – i trafić do nieba? To mi się nie mieści w głowie. I właśnie w takim kontekście jestem za zliberalizowaniem prawa do aborcji.

Maja: aborcja – kiedy zaczęłam studia, jedna z moich przyjaciółek usunęła ciążę. Jak to mówią wpadła, po czym uznała, że to zdecydowanie nie czas i miejsce na dziecko. To było dla mnie tak szokujące, tak niezgodne z moimi przekonaniami, że odsunęłam się od niej – co najmniej pół roku nie mogłam patrzeć jej w oczy. Nie rozumiałam zupełnie, jak mogła zrobić coś takiego? Jak można pozbawić życia - z premedytacją i świadomością tego co robi – własne dziecko. Dziś patrzę na to inaczej. Minęło niemal dwadzieścia lat, a ona wciąż myśli o swoim nienarodzonym dziecku. Odlicza urodziny, gdyba – a co by to było gdyby… Wiem jedno: każda kobieta powinna indywidualnie podejmować takie ważne decyzję, bowiem ze świadomością tego czynu przyjdzie zmierzyć się samotnie.

Kasia: Aborcja to wciąż kontrowersyjny i gorący temat, w zasadzie dla niektórych temat tabu. Nie wypowiadamy się, bo katolik, a jak katolik to sprawa jest jasna… Tylko że to nie tak powinno być. Kobieta ma prawo decydować o sobie, o swoim ciele. Jestem za prawem do aborcji, ale tylko w pewnych okolicznościach: gwałt, wady genetyczne, które nie rokują dobrze. Przecież kobieta, która dokona aborcji, tez czuje, i to ona musi zmagać się z myślami, walczyć z tym czego dokonała. Pamiętam taką historię. Młoda dziewczyna urodziła dziecko z zespołem Downa. To była rozpacz, pytania co dalej, ale i żal - dlaczego lekarz nie powiedział jej o chorobie dziecka, przecież mogła dokonać aborcji. Minęło kilka lat, a Agata jest dziś szczęśliwą żoną i matką. Kocha swego syna nad życie. Bardzo bliska mi osoba – mama – nosiła dziecko pod sercem 9 miesięcy. Przemek żył tylko 2 dni. Potem nie mogła już mieć dzieci. Wiem jedno. Jestem stanowczo przeciwna aborcji „na życzenie” – gdy nie ma wskazań medycznych. Myślę, że lepszym rozwiązaniem jest zostawienie dziecka w szpitalu, wyrażenie zgody na oddanie go komuś, kto je pokocha, niż pozbawienie go szansy na życie. Myślę, że w naszym kraju musi się wiele zmienić. Gdzie świadomość i edukacja seksualna? A stosunek państwa i kościoła do kobiet? Myślę, że kiedy to sobie uświadomimy, z czasem temat aborcji przestałby istnieć. Przynajmniej w takim zakresie.

Fakty:
Aborcja - sztuczne poronienie - to temat wciąż żywy, kontrowersyjny i wzbudzający masę emocji. Ów zabieg celowego przerwania ciąży jest w Polsce prawnie zakazany, z wyjątkiem trzech sytuacji (ustawa z roku 1993): gdy płód jest ciężko i nieodwracalnie uszkodzony, gdy ciąża jest wynikiem gwałtu oraz wtedy, gdy zaistnieje konieczności ratowania życia lub zdrowia kobiety.

Podejmowano próby (1996 r.) liberalizacji ustawy, jednak projekt, by przerwanie ciąży było możliwe także wtedy, gdy kobieta znajduje się w ciężkich warunkach życiowych lub trudnej sytuacji osobistej, Trybunał Konstytucyjny ostatecznie odrzucił. Statystyki donoszą, że w Polsce dokonuje się zaledwie kilkaset aborcji rocznie. Tymczasem organizacje kobiece alarmują, że liczba ta dochodzi do 200 tysięcy rocznie, z czego nie więcej niż kilkanaście procent zabiegów dokonuje się poza granicami kraju – stąd wniosek o nieskuteczności ustawy i rozkwicie aborcyjnego podziemia.

Według sondaży kilka procent respondentów wyraża aprobatę dla nieograniczonego dostępu do aborcji, kilkanaście procent popiera jej całkowite zakazanie. Za częściową legalizacją jest trzy-czwarte społeczeństwa. Ostatnie dni podniosły temperaturę dyskusji – do Sejmu trafił obywatelski projekt o "prawie do życia wszystkich dzieci" (także chorych i urodzonych w wyniku gwałtu), pod którym podpisało się 600 tys. osób.

Red. Monika Zalewska-Biełło

Ocena: 5 z 5. Ocen: 3

Kliknij, żeby dodać swój głos

Czy ta strona może się przydać komuś z Twoich znajomych? Poleć ją: