reklama
Dbajcie o siebie. Nieważne co mówią inni. Moja historia mogła się skończyć tragicznie.

Dbajcie o siebie. Nieważne co mówią inni. Moja historia mogła się skończyć tragicznie.

Hmmm... Na forum jestem, odkąd zaczęłam starać się o Maleństwo. Przez całą ciążę udzielałam się na forum wrześnióweczek, bo na wrzesień miałam termin. Urodziłam w sierpniu. Pozdrawiam gorąco dziewczyny z wrześniówek 2016.

Od porodu mniej udzielam się na forum. Dzisiaj tu jestem, bo... niestety czasem wracają do mnie te chwile z porodu. I tu można się wygadać. Na wstępie chcę zaznaczyć, że piszę to z chęci "wygadania" się, ale przede wszystkim, żeby uczulić wszystkie dziewczyny na forum na szybkie reagowanie, absolutnie nie po to, żeby straszyć.



Miałam termin na 4 września 2016 r.
 16 sierpnia miałam zwykłą kontrolną wizytę u prowadzącej gin. Badanie w porządku. Dzidziuś super. Waży ok. 3 300. Łożysko dobrze. Szyjka rozwarta na palec. Wszystko super. Ale dla pewnego obrazu sytuacji, bo w 29 tyg. byłam na podtrzymaniu moja skrupulatna pani dr. chce jeszcze zrobić KTG. Nie ma sprawy.

Leżę na łóżku, pielęgniarka podłącza KTG. Leci zapis, a ja patrzę przez okno i myślę uradowana, co jeszcze kupić mojemu Skarbowi, bo po wizycie jestem umówiona z siostrą na zakupy… Nagle czuję, jak dziecko przesuwa mi się pod żołądek. Brzuch nagle zmienia kształt. Czuje, że Mała zaraz wydrze się na zewnątrz przez mój mostek.

W tym czasie aparatura piszczy "bradykardia". Pielęgniarki nie ma. Z całych sił próbuję wstać. Udaje mi się usiąść. Nagle dziecko z powrotem ląduje na miejscu, a zapis KTG pięknie leci. Za chwilę wchodzi pielęgniarka. Daje mi zapis i patrząc na zapis z bradykardią mówi: "Znowu sprzęt się sypie".



Z zapisem wracam do mojej prowadzącej pani dr. Mina lekarki po rzuceniu okiem na zapis przerażająca. Każe mi siadać. Pyta, co się stało. To jej opowiadam, co miało miejsce podczas KTG. Pani dr. mówi mi, że taki zapis KTG na porodówce od razu wysyła pacjentkę na cesarkę. Jestem przerażona. Bradykardia u mojego dziecka? A jeszcze pół godz. temu wszystko było ok.

Lekarka daje mi skierowanie do szpitala. Każe jechać od razu na IP. Nie do domu po rzeczy. W międzyczasie dzwoni do szpitala do lekarza dyżurującego i każe mnie od razu podłączać do KTG, bo podejrzewa bradykardię u dziecka. Jestem w panice. Ręce mi się pocą. Serce łomocze. Jadę do szpitala. Na IP już czeka na mnie lekarz. Od razu na PORODÓWKĘ. Tam podłącza mnie do KTG i oczywiście bada. Niby wszystko OK.

Po godzinnym zapisie KTG nie wykazało żadnych nieprawidłowości. Kamień spada mi z serca. Pielęgniarka miała rację, KTG w przychodni znów nawala, myślę. Ucieszona leżę sobie pod KTG i słucham serduszka mojej Córeczki.

Wpada spanikowana mama i siostra, choć nie wolno. Ale nikogo nie było powiedziałam, że to fałszywy alarm. Mama uspokojona wyszła... nagle czuję mokro między nogami....nagle strach w oczach...wody płodowe myślę...wołam położną....Położna zagląda...krew.... "to pewnie z szyjki po badaniu" mówi....trochę się uspokajam..położna wychodzi... ja nadal pod KTG...zaraz wraca położna z drugą....zaglądają mi w krocze....jedna patrzy na drugą....wołają lekarza....lekarz bada.... "to niestety nie z szyjki, musimy ciąć" mówi....a mi świat wiruje nad głową...

Pytam co się dzieje...a on, że łożysko się odkleiło...wzywają ordynatora....biorą usg...ordynator: "Natychmiast przerywamy ciążę"... To co się wtedy działo... biegają wkoło mnie... rozbierają, ubierają w te ich szmaty... każą podpisywać papiery... ja się trzęsę a lekarz do mnie "Spokojnie... robię to pierwszy raz... żartuję!"... wychodzi....

Kładą mnie... nieudolnie wkładają wenflon... a ja umieram ze strachu o moje Maleństwo....już jedziemy na blok....tam anesteziolog, drugi lekarz i pełno innych ludzi....a ja trzęsę się ze strachu....dostaję znieczulenie w lędźwia... kładę się....lekarz dotyka mojego brzucha i pyta czy coś czuję...mówię, że czuję...bo czułam wszystko....na co on, że nie może dłużej czekać bo dziecko się udusi....

nagle cięcie... niesamowity ból... a zaraz potem szarpanie mojego brzucha.... ból nie do zniesienia... czuję jak krew gorąca spływa mi po plecach....wyrywam z bólu rękę anestezjologowi, a ta każe mi jej nie wyrywać, bo jestem podłączona do aparatury... wołam z bólu.... czuję jak wyszarpują dziecko.... mówią jeszcze chwilkę... ja konam z bólu, czuję jak stado wilków wyrywa mi wnętrzności... nikomu nie życzę takiego cierpienia... nikomu...

Wyciągają moją Córeczkę, słyszę Jej płacz i nie mogę opanować łez i beczę razem z nią... świat kręci mi się przed oczami....nagle przy policzku widzę moje kochane Słoneczko. Ból nadal nie do wytrzymania.... po czym odlatuję..



W papierach ze szpitala mam, że zastosowali u mnie znieczulenie podpajęczynówkowe oraz narkozę ogólną. To totalna bzdura. Aby być znieczulonym narkozą ogólna trzeba być intubowanym. Ja po prostu odleciałam z bólu.

 Gdy się budzę, już nie czuję bólu, a lekarze kończą szyć. Tłumaczą, że nie mogli czekać. Przepraszają.

Ja tylko pytam o dziecko. Wszystko dobrze. 9 pkt.

 Ogólnie jestem wdzięczna. Po cesarce okazało się, że faktycznie łożysko się odkleiło. Kiedy? Nie wiem. Uratowali moje Najcudowniejsze Słoneczko. Skarb mój najcenniejszy. Mnie w sumie też. Mogłam się wykrwawić. Ale trauma pozostaje.

Często wracam myślami do tego dnia. Po porodzie bałam się depresji, ale dzięki mojej Mamie jakoś przetrwałam trudny czas. Zaraz po porodzie powiedziałam sobie - nigdy więcej dzieci. Ale teraz wiem, że chcę jeszcze mieć dzieci. Nie wiem czy dla siebie, czy dla Emilki.

Chcę, żeby miała kogoś, na kim będzie mogła polegać, jak ja na swoim rodzeństwie.

 Ja po cc raczej będę mieć drugą cc. Ale jeśli miałabym wybór. To pomimo mojego koszmarnego porodu mimo wszystko chyba wolę cesarkę.

Tyle wrzasków, tyle histerii, tyle złych opowieści było na porodówce od dziewczyn które rodziły sn, że się boję. Myślę, że historia się nie powtórzy i nie przyjdzie mi ponownie rodzić przez cc bez znieczulenia.



Po co to piszę?

Żeby Was ostrzec dziewczyny. Z każdym, nawet najmniejszym problemem lećcie do lekarza. Z każdym. Ja bym z domu nie dojechała. Albo bym straciła Emilkę, albo byłaby warzywkiem, albo ja bym się wykrwawiła. A cała niemal ciąża przebiegała prawidłowo.

Codziennie dziękuję Bogu za moją Córeczkę, za cud Jej narodzin. Bo to był cud. Gdyby nie moja wizyta kontrolna, nie zdążyłabym. Gdyby KTG się nie zepsuło nie zdążyłabym. Gdyby lekarz zdecydował się czekać na znieczulenie, może by nie zdążył.



Dbajcie o siebie. Nieważne co mówią inni. Na przekór wszystkim obchodźcie się ze sobą jak ze zgniłymi jajami. Ciąża to nie choroba, ale uwagi na siebie i przede wszystkim Maleństwo nigdy za wiele!

molly_88

reklama

Niezbędniki w dziale ciąża